RSS
piątek, 20 marca 2009

Tego dnia - tak dziś właśnie(!) - Kapitan CHanutti obchodziła kolejne młode urodziny. Od wielu już dni załoga potajemnie szykowała  prezenty. Zwyczaj kazał, aby wszyscy przygotowali prezent tego samego rodzaju - tak niegdyś zarządziła sama pani Kapitanm chcąc uniknąć niepotrzebnej rywalizacji i sporów wśród dzielnej załogi. Był więc rok kwiatów, rok owoców, rok własnoręcznie malowanych laurek, rok pereł oceanicznych, a nawet - niegdyś - rok pracowicie lepionych glinianych kubków do kawy. W tym zaś roku - jako, że pani Kapitan miała zamiar poczęstować swych marynarzy olbrzymim tortem wielkości bocianiego gniazda - zażyczyła sobie do owego tortu urodzinowych świeczek.

Ponieważ marynarze przygotowywali świece własnoręcznie - z wielkim pietyzmem i na wzór tego, co akurat wszyscy mieli pod ręką - kształty ich i różnorodność rozmiarów przechodziły najśmielsze oczekiwania. Były więc świece długie i świece krótkie. Świece cienkie i świece grube. Zgrabne i toporne. Zwężające się ku górze i ku dołowi i w środku. Świece pachnące i świece zalatujące wielorybim tranem. Proste lub skręcone, czy zgięte. Ta feeria kształtów, gabarytów i kolorów zadziwiła i z lekka rozbawiła panią Kapitan, a wszystkie świece znalazły swe miejsce bądź to na torcie, bądź na urodzinowym stole.

Dodać należy, że w samym środku uczty, właśnie, gdy rozochoceni marynarze śpiewali swojej ukoCHanej Kapitan "sto lat" za burtą rozległy się nawoływania. Okazało się, że oto specjalną fregatą pocztową nadpłynął podarunek od Tajemniczego Nieznajomego, który tego akurat dnia nie mógł sam zjawić się u boku swej Wybranki. Po rozładunku, na samym środku stołu stanęła - prężąc się dumnie - imponująca wymiarami gromnica, na którą marynarze spozierali z bezsilną zazdrością, pani Kapitan zaś z czułym uśmiechem zamglonych wspomnieniami oczu...

                                A oto świeca od sternika (ach, biedak - niestety)

                        świeca od sternika 

                                                                   Zdjęcie świecy pochodzi stąd

11:45, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 marca 2009

Pani Kapitan miała swoje ulubione obrazy, niektóre z nich przyozdabiały kapitańską kajutę. Szczególnie jeden z nich zajmował szczególnie uprzywilejowane miejsce. Obraz przedsatwia otóż scenę, jaka wydarzyła się w rzeczywistośi i sama pani Kapitan była jej mimowolnym i świadkiem, i bohaterem. 

Zasadniczo więc obraz przedstawia sztorm. Dramat sceny dotyczy rozbitków, którzy w szalupie ratunkowej dotarli do lądu. Szalupa roztrzaskała się na skalistym wybrzeżu. Uratowało się ledwie 16 osób, jedna z uwidocznionych osób - kobieta - niesiona przez współtowarzyszy, przeżyła, choć długo chorowała po tym wydarzeniu. Była ona żoną autora obrazu. Trzy osoby na skale, które pokazują sobie kapitan Chanutti, wyraźnie są wzburzone: na mocno przechylonej fregacie pozostała bowiem właśnie ona wraz z wiernym bosmanem. Uratowali oni swój żaglowiec. Od tej pory właśnie wszystkie szanujące się tawerny na starym i nowym kontynencie serwują Kapitan CHanutti darmowe trunki w każdych żądanych ilościach.

Obraz został namalowany w trybie awaryjnym przez Claude-Joseph Vernet`a, który akurat wraz ze świeżo poślubioną małżonką odbywali podróż morską. To właśnie wydarzenie stało się początkiem marynistycznej kariery Claude`a.  Od tego czasu wiele z jego obrazów, przesłanych w podarunku dla Kapitan CHanutti, zawisło w jej kajucie :

           

19:22, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2009

W sytuacji, gdyby okazało się, że w żaden sposób nie można uniknąć tygrysa - tłumaczył bosman młodszym majtkom przy porcji cotygodniowego budyniu o mocno rumowym smaku - należy odwrócić się do niego odpowiednią stroną i okazać to, co ma się najważniejszego, najgroźniejszego lub największego. Onegdaj, gdy maszerowaliśmy przez dżunglę - wspominał bosman - zaatakowało naszą ekspedycję stado krwiożerczych tygrysów. Uciekaliśmy wszyscy. Niestety, tygrysy dopadały naszych jednego po drugim i rozszarpywały nieszczęśników mlaskając i oblizując się złowieszczo. Uciekająca gromada była coraz mniej liczna, aż zrozumiałem, że uciekam sam, samiutki jedynie ze starszym bosmanem.  Za mną galopowały jeszcze najmniej 2 tuziny pasiastych futrzanych  bestii. W pewnym momencie starszy bosman zatrzymał się, zza pazuchy wyrwał niewielki przedmiot, który po kilkukrotnym wstrząśnięciu okazał się całkiem dużym workiem. Bosman wskoczył do worka i zaciągnął zamek błyskawiczny. Kątem oka dostrzegłem, iż na worku był spory napis "worek przeciw tygrysom i lwom". Tygrysy zatrzymały się obok obworkowanego bosmana, przeczytały ów napis i nie tknąwszy go poleciały za mną. Bosman tłumionym głosem ryczał za mną słowa, z których zrozumiałem, że mam wystraszyć tygrysy tym, co mam największego lub najgroźniejszego.
Wierzcie mi - kontynuował rozentuzjazmowany własnymi słowami bosman-gawędziarz - iż miałem czym przestraszyć te bestie, ale w tych warunkach nie bardzo byłem pewien, czy widok tego, co mam najpotężniejszego i najgroźniejszego wzbudziłby należyty strach u tych wielkich paskudnych kocurów. Odważyłem się jednak. Ostatnimi siłami wydobyłem to, w czym pokładałem ufność, i pokazałem tygrysom.

Zapadła niczym niezmącona cisza.
I co, panie bosman???? Co było dalej??? - rozległy się po chwili szepty przepełnione grozą i ciekawością.

Bosman uśmiechnął się do wspomnień. Chwilę pomilczał, pokiwał głową.

Tak tak -  zakończył opowieść.
Po czym  dodał z uśmiechem błąkającym się na ogorzałej twarzy: - szczególnie jedna z tych krwiożerczych bestii, wielka i groźna tygrysica, okazała się całkiem miła. Taaaak, miła była z niej kocica - dodał zadumany.

A co Ty pokazałbyś stadu tygrysów - wskazał palcem na najbliższego, szczególnie chuderlakowatego i bladego, niczym krętek, majtka - aby zdobyć ich uznanie i wzbudzić należyty strach?
- Panie bosmanie, pokazałbym mój wielki tatuaż. Z pewnością tygrysy przestraszyłyby się i zwiały - zarechotał przemądrzale.
Na wyraźne żądanie bosmana majtek zademonstrował swój tatuaż. Zaiste - imponujący....

Groźny tatuaż byczkowatego majtka

zdjęcie pożyczono stąd

15:54, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lutego 2009

Kiedy pewnego poranka pani Kapitan wyjrzała na pokład, zauważyła z rozbawieniem marynarzy siedzących na brzegu fregaty. Siedzieli jednen obok drugiego i pilnie wpatrywali się w morską toń. Marynarze łowili ssrybki.

Ssrybki są znanym przysmakiem, pieczone z czosnkiem i morską cebulą uchodzą za danie wykwintne. Są mało znane ze względu na niewielki obszar, na którym występują. Inną przyczyną jest sposób ich połowu. Nie da się ich złowić na wędkę, natomiast połów sieciowy nie daje żadncyh efektów: ssrybki są zbyt sprytne. Ssrybki można łowić w jedyny sposób wykorzystując ich naturalne zamiłowanie do ssania (stąd nazwa).

Nietrudno się zatem domyśleć, iż marynarze łowili ssrybki w jedyny skuteczny sposób, a od czasu do czasu ciche jęki oznajmiały, iż "ssrybka wzięła", co bardzo prawdziwe w tym przypadku było akurat.

Poniżej niezwykle rzadkie ssrybki zębate, których marynarze starali się (ze zrozumiałych względów!) unikać za wszelką cenę. Zdjęcie zostaje zamieszczone jako przestroga dla czytelników - ewentualnych amatorów ssrybek.

                         ssrybki

                                               (zdjęcie pochodzi stąd)

Wieczorem do kajuty kapitańskiej zapukał pierwszy oficer. Na wielkiej tacy wniósł olbrzymich rozmiarów - i niewątpliwie niemałej wagi - upieczoną na złocistochrupiącą barwę, przyozdobioną liśćmi morskiej sałaty - ssrybkę. W jej niewidzących ssrybkowych oczach malował się zastygnięty zachwyt.

- Osobiście schwyciłem ten piękny okaz ssrybki. Wymagała sporo wysiłku, choć skłamałbym, że wyciągnąłem ją rękoma - zażartował nieśmiało i spłonął rumieńcem. Po czym strzelił obcasami i wyszedł modląc się w duchu, by pani Kapitan nie zapytała, przy pomocy czego owa ssrybka została wyciągnięta na pokład. Pani Kapitan nalała niewielki kieliszek nieźle schłodzonego spirytusu, który - jak wiadomo - obok win białych najlepiej komponuje się z daniem ssrybnym i z zadowoleniem pomyślała o swej dzielnej załodze.

15:45, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lutego 2009

... pomruk niezadowolenia wśród najmłodszych majtków spod pokładu nie zwiastował niczego dobrego. Pani Kapitan posłała swojego pierwszego oficera, aby rozeznał się co do przyczyny niechętnych pomruków. Oficer po kilku chwilach wrócił z dość niepewną miną.
- Pani Kapitan, melduję najuniżeniej, iż kilku drabów domaga się cotygodniowej porcji deseru, którym jest - jak wiadomo - w każdą środę budyń. Z powodu braku budyniu nie otrzymali go jednak, stąd niezadowolenie.
Pani Kapitan pokiwała ze zrozumieniem głową. Owszem, problem był jej znany dobrze. Zapasy owego specyfiku skończyły się przed tygodniem właśnie, kiedy nieświadom niczego okrętowy cieśla zużył jego niewielki zapasik na nasmarowanie łańcucha kotwicznego sądząc mylnie, iż używa łoju wołowego. Sytuacja wyglądała na dość poważną pomimo pozorów sytuacji wesołej. Pani Kapitan spojrzawszy na słońce, a także na gwiazdozbiór Vela (widzialny dla Niej bez względu na porę dnia i nocy) stwierdziła, iż w odległości nie dalszej niż 45 mil morskich leży wyspa Pudding, znana z wydobycia budyniolitu - cennego minerału, z którego - po zmieleniu - uzyskuje się proszek budyniowy. Kazała tedy sternikowi obrać kurs 165 stopni i kazała się zawołać, gdy będzie widoczna wyspa. Po niespełna 3 godzinach fregata stała na kotwicy, zaś w kierunku lądu płynęły 3 szalupy z beczkami na cenne kruszywo budyniowe.


Uważnym czytelnikom należy się małe wyjaśnienie - co to jest budyń.
Budyniem nie jest to, co zwykły obywatel miewa niekiedy w miseczce; to, co miewa jest bowiem proszkiem skrobiowym zmieszanym z gorącym mlekiem z dodatkiem farbek i chemicznych domieszek.Obywatelowi ma zawartość takiej miseczki przypominać kolor i zapach jakichś owoców, mleka czy czekolady, zależnie od składu owych chemicznych dodatków. Masa taka jest pożerana przez dzieci oraz zwolenników plazmatycznych konsystencji. Prawdziwy jednak budyń  powstaje w innych warunkach i w całkiem inny sposób, aniżeli wydawałoby się każdemu nie-marynarzowi.

Budyń prawdziwy powstaje ze skał pochodzenia metamorficznego, występującego w kilku miejscach na świecie, w postaci pokładów budyniowych. Skała budyniowa - zwana pudding-rock lub budyniolitem, zostaje wydobyta na powierzchnię. Do jej wydobycia używa się górników (budyniarze; pudding-rock-workers) lub - co coraz powszechniejsze - maszyn zwanych budyniarkami.
Wydobyty budyniolit następnie mieli się w młynach kulowych i pakuje w worki.

Zdjęcia złoży budyniolitu. I tak kolejno: budyniolit czekoladowo-waniliowy, morelowy, mleczny już wyrąbany oraz niezwykle cenny budyniolit limonkowy, prawdziwy przysmak i to na dodatek zapobiegający szkorbutowi :

            

                                                              (Zdjęcia pochodzą kolejno stąd stąd stąd i stąd)

Przygotowanie budyniu do konsumpcji przebiega według rozlicznych przepisów uwarunkowanych tradycją. Na przykład budyń a`la Nelson przygotowywano mieszając zmielony budynit w gorącej solance i podawano półpłynny z owsianką. Piracki budyń przygotowywano mieszając budynit z gorącym rumem.
Najprostszy budyń przygotowywali marynarze spod bandery rosyjskiej - do sporządzenia potrzebowali spirytusu i ogórków: spirytus wypijano, ogórki zostawały na następną okazję, zaś zmielony budynit spieniężano w najbliższym porcie i przepijano bez zbędnej zwłoki.


Wracając zaś do ekspedycji w poszukiwaniu budyniu - po przybiciu do wyspy, załoga bezpośrednio z szalup rąbała nadmorskie budyniowe skały umieszczając wielkie okruchy w łodziach. Załadowawszy - wrócili do fregaty. Niepokoje wśród załogi ucichły. Cotygodniowa porcja budyniu była zagwarantowana.
Należy zaznaczyć, iż pani Kapitan niezbyt gustowała w tym osobliwym przysmaku. Ponad wszystko ceniła sobie inne słodkości, które nie w każdych ustach uchodziły za specyjał.

                              A oto specyjał tak ceniony przez Panią Kapitan:

                                          

14:57, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2009

"... liczymy zatem na niezawodną obecność W.M. Kapitan Chanutti, której wielce radzi jesteśmy" - kończył się list, jaki właśnie pani Kapitan otrzymała umyślnym kurierem. List skreślony zacnym pismem, dobrej jakości inkaustem na czerpanym papierze z wyraźnie złoconymi brzeżkami i monogramem gubernatora sprawił wyraźną przyjemność. List, a ściślej - kwieciste i długie zaproszenie - dotyczyło  uroczystej inicjacji córki gubernatora z Małych Wysp Dziewiczych, leżących całkiem opodal. Pani Kapitan postanowiła, iż spełni prośbę gubernatora i zaszczyci swą obecnością ową uroczystość, co do przebiegu której mgliste raczej miała pojęcie. Ciekawość więc przeważyła i pierwszemu swemu oficyjerowi nakazała zmianę kursu oraz wyjaśniła przyczynę swej decyzji. Po niedługim czasie szeroki pomruk zadowolenia rozszedł się wśród marynarzy: w ich wyobrażeniu na wyspie można się wystawić na nieustającą i rzęsistą ulewę rozkoszy.


W naznaczonym dniu pani Kapitan, punktualnie o zachodzie słońca, wysiadała przed  posesją gubernatora. Posesja ta, tonąca w wielobarwnych plamach tysięcy kwiatów, odznaczała się imponującymi wymiarami śmiało konkurującymi z kolonialnym, tandetnym dość stylem tropikalnych możnowładców. W domku gościnnym natomiast dominował styl budownictwa szachulcowego z niewielkim akcentem najprawdziwszej zakopiańszczyzny: najwidoczniej gubernator z niejednego pieca jadał był chleb.

                 skoro nie można wyświetlić oznacza, że piękną posesję zrównano z ziemią

                                                                                         ta piękna posesja znajduje się tutaj
Uroczysta inicjacja skończyć się miała o północy. Nie było żadną tajemnicą, iż bale, zabawy i przyjęcia u gubernatora były o tyle ciekawe, iż zazwyczaj kończyły się jakimś drobnym ekscesem obyczajowym, najczęściej w wyniku którego u kogoś pozostawały na jakiś czas miłe lub niemiłe wspomnienia, a - bywało - drobne problemy natury zdrowotnej, do których najczęściej należącymi były problemy z siedzeniem lub chodzeniem, szczególnie po schodach.  Do legend przeszedł pewien bal noworoczny, po zakończeniu którego, a ściślej - po jakichś 37 tygodniach - większość dam, a ściślej - 53 damy, niegdyś tańczące na owym balu, cieszyły się nowonarodzonymi potomkami. Nie to przeszło jednak do legendy, lecz to, iż wszystkie maleństwa odznaczały się piękną, ciemną karnacją.

      

Zadziwiające najbardziej w tym wszystkim było to, iż żaden z dżentelmenów zaproszonych na bal nie odznaczał się ciemną skórą, ba! - cała służba składała się również wyłącznie z białych. Jedynym czarnoskórym mężczyzną przebywającym wówczas na wyspie był blisko 70-letni ogrodnik gubernatora. Ówże ogrodnik zawsze mruczał coś pod nosem o sadzeniu w życiodajnych bruzdach, nie wiadomo jednak dokładnie, co miał na myśli.

                                               stary ogrodnik, pochodzący stąd 
Na początku uroczystości gubernator zapowiedział, iż inicjacja jego pięknej Eleonory zakończy się punktualnie o północy, tymczasem życzył wszystkim zebranym "okazałych owoców wzajemnych rozmów" oraz "wielu drżących przyjemności", co pani Kapitan powiązała z zastawionym stołem uginającym się pod ilością wszelakiego jadła oraz najbardziej wyszukanych owoców, win, nalewek i specjalności wysp: miętowych pierników. Wieczór upływał bardzo przyjemnie, pani Kapitan rwała oczy lokalnych donżuanów, którzy zagadywali wielokrotnie usiłując zachęcić naszą panią Kapitan do większej otwartości; niektórzy z samozwańczych absztyfikantów próbowali rozluźnić atmosferę poprzez pełne kielichy. Wszystko bezskutecznie, albowiem pani Kapitan, jak na prawdziwą damę przystało, uprzejmie, a nawet przyjaźnie prowadziła pogawędkę, nie dając jednak żadnych nadziei na cokolwiek więcej nikomu. Zniechęceni -  odchodzili, ale przychodzili i próbowali kolejni....


Późno w nocy, kiedy pani Kapitan odczuła pierwsze oznaki zmęczenia, podeszła do gospodarza i uprzejmie podziękowawszy mu za zaproszenie zapytała, kiedy nastapiła lub nastąpi owa inicjacja, o której wyczytała w zaproszeniu. Gubernator - zażywny pan w peruce a`la Ludwik XIII - odrzekł, iż inicjacja córki trwała przez ostatnich kilka dni, a dzisiejszy dzień jest dniem ostatnim. I dokładnie o północy inicjacja została zakończona ku niewysłowionemu żalowi pięknej Eleonory, która jednak, z racji przebiegu owej inicjacji, na spoczynek się udała, całkowicie zasłużony zresztą i dlatego zebranym nie okazała się, co za usprawiedliwione należy uznać.


Nazajutrz fregata podniosła kotwicę i odpłynęła w swoim kierunku. Nie do końca było pewne, czy pani Kapitan dobrze słyszała stłumione wymiany uwag swej dzielnej załogi. Uwagi dotyczyły pewnej pięknej Eleonory, która całkowicie darmo i w każdych ilościach zaspokajała od dni kilku najbardziej fantazyjne kaprysy marynarzy w portowej tawernie - okazało się, że wszystkich marynarzy tego wieczoru - akurat naszej załogi. Niestety - ubolewali niektórzy - harce te trwały jedynie do północy. Załoga wyglądała na przemęczoną, a nawet dzielny bosman na nieco zblazowanego i przesyconego zmęczeniem. Należy założyć, iż zbieżność imion była całkowicie przypadkowa - pomyślała z lubą zgrozą pani Kapitan i zamyśliła się głęboko nad pewnymi, miłymi jej, wspomnieniami.

08:34, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lutego 2009

Doprawdy, przygody trzymały się statku niczym pijany majtek masztu - jak rzekłby nieokrzesany bosman. Tego dnia pani Kapitan zasiadła na pokładzie w promieniach porannego słońca aby nasmarować pszczelim woskiem kapitańskie buciki i kapitańskie rękawiczki, narażone wszak na zniszczenie słoną morską wodą i nieustającymi wichrami. Tak więc nieokrzesane marynarskie nozdrza, zamiast zapachu perfum przyjemność łowiły ze zdumieniem i rozkoszą zapach lipcowego miodu, który u niektórych przywoływał wspomnienia młodzieńczych lat i skoszonych łąk hen w odległych krainach. Tym razem więc, to nozdrza - a nie co innego - drgały w obecności miodosłodkiej pani Kapitan, a w zarosłym bielmem oku bosmana zakręciła się nawet łza, która spływając, wyżłobiła głęboką bruzdę w jego zakazanym obliczu.

        animated beeanimated beeanimated beeanimated beeanimated bee

Zdarzyło się jednak, że zapach miodu przywabił z pobliskiej wyspy rój dzikich pszczół, które przyleciawszy z cichym poszumem, zakręciły się niczym złocista aureola wokół głowy pani Kapitan i natychmiast uznały ją za swoją królową. Marynarze jednak, którzy zamiast miodu roztaczali co najwyżej woń rumu i skisłego śledzia, mimo, że pani Kapitan nieustannie zachęcała ich do odpowiedniej dbałości o marynarską higienę - otóż marynarze nie przypadli pszczołom do gustu. Wręcz przeciwnie. Pszczoły cięły więc ostro, zdecydowanie i straszliwie, a wcale nie gdzie popadnie, tylko - tamże, tak że wkrótce marynarskie części niewymowne przypominały z kształtu i koloru dojrzałe owoce granatów.

Ach, straszny to był dzień, straszny - aż po krwisty zachód słońca rozlegały się jęki i zawodzenia, a pani Kapitan z pewnym niesmakiem, acz i wrodzoną delikatnością, musiała nakładać swej załodze łagodzące kataplazmy. Od tego czasu w portowych przybytkach wszetecznej rozkoszy załoga fregaty zaczęła być krotochwilnie zwana załogą granatników, choć oczywiście bosman w chwilach pijackiego rozżalenia dowodził, że u niego akurat bliższe prawdy byłoby określenie "kula armatnia", ale doprawdy na takie szczegóły należy spuścić zasłonę milczenia.

        animated beeanimated beeanimated beeanimated beeanimated bee

Dodać jedynie należy, że ów rój pszczół służył pani kapitan wiernie i miododajnie i został przez nią odpowiednio wychowany, by załogę omijać z daleka. Ale kiedy tylko jakiś marynarz, który stracił rozeznanie co wolno, a czego nie należy, śmiał zaszemrać, pani Kapitan lekkim machnięciem pachnącej pszczelim woskiem rękawiczki wzywała wierne pszczoły, a marynarz, zasłoniwszy to, co zasłonić należało, sromotnie a pośpiesznie skrywał się pod pokładem.

13:34, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lutego 2009

Po zapadnięciu zmierzchu, pani Kapitan z rozbawieniem oczytała list pewnego meksykańskiego wieśniaka, a list kończył się słowami, z których jednoznacznie dość wynikało, iż "gumowe majtki sprawują się dobrze i rośnie w nich dobrze, a to, co urośnie jest mocne i dobrze działa". Dwuznaczność sformułowania rozbawiła panią Kapitan do tego stopnia, iż łagodny uśmiech rozjaśnił jej czcigodne, piękne i dostojne oblicze.
Przedstawmy więc pewną historię, której epilog uwieńczony został owym listem.


Rzecz działa się na pewnym południowym morzu. Fregata pod dowództwem pani Kapitan stanęła na kotwicy opodal całkowicie dzikiej, a jeszcze bardziej bezludnej wyspy. Oddzialik rozpoznawczy otrzymał zadanie przywiezienia z lądu słodkiej wody, świeżych owoców i mięsa; szalupa z 12 majtkami pod dowództwem bosmana wylądowała na wyspie i przed zachodem słońca przybiła z powrotem do fregaty wypełniona beczkami źródlanej wody, koszami dzikich kokosów, mango, granatów, pomarańcz i innych owoców. W skrzyni znajdowało się kilka upolowanych prosiaków, bardzo dzikich, do czasu, oczywiście.
Zainteresowanie wzbudzały szczególnie dziwne i nikomu nieznane owoce, wielkości śliwek. Nikt z załogi nie znał takich owoców i pani Kapitan przezornie, choć z żalem, kazała wyrzucić je za burtę. Co uczyniono skwapliwie, lecz nie do końca. Dwóch majtków, którym powierzono to zadanie, poczęstowało się nieznanym rarytasem i zżarli oni nie mniej niż 8 owych nieznanych owoców.

Okazało się to dla nich dość zabawne w skutkach. Już wieczorem okazało się, iż ich organizmy uległy zgumowaceniu, innymi słowy - ciało zrobiło się jakby podatne na rozciąganie, zginanie i inne próby w sposob całkowicie podobny do gumy.  

                                          Jeden z gumowych majtków:                        

                                    

                                               (ilustrację pożyczono stąd)

Weseli kompani pod pokładem natychmiast postanowili wykorzystać ów wesoły fakt i nawet rozegrali na dolnym pokładzie mecz piłki okrętowej oboma nieszczęśnikami, użyli ich jako procy, wyrzucali za burtę, po czym wciągali ich z powrotem korzystając z modułu sprężystości ich doczesnych ciał. Wszystko wzbudzało najwyższą wesołość marynarzy, śmiechy i chichoty rozbrzmiewały gromko. Wesołość trwała do czasu, aż pani Kapitan zważywszy, co marynarze wyrabiają, zakazała zabaw owymi nieszczęsnymi majtkami. Owi, w podzięce, uśmiechnęli się nieco gumowato, a i niebezpiecznie, bo szeroko. Traf chciał, iż w tym momencie powiał ostry szkwał i - co tu dużo mówić - wiatr nadmuchał owych uśmiechniętych majtków. Zdziweni gumowi majtkowie osiągnęli całkiem niemałe rozmiary - pani Kapitan oszacowała, iż pojemność każdego przekroczyła 60 metrów sześciennych, a więc tyle, ile załoga jest w stanie wyżłopać wina przez okres 30 dni. Nietrudno się domyśleć, co nastąpiło potem: balonokształci majtkowie z wiatrem wzbili się wysoko i zniknęli po pewnym czasie w chmurach, tak, jak robią to duże balony na silnym wietrze.
Okazło się dopiero po pewnym czasie, iż wiatr zawiał obu balonomajtków do Meksyku. Tam - osiedli na opuncjach, a następnie  zostali przysposobieni przez pewnego meksykańskiego wieśniaka do specyficznego rodzaju pracy - służyli jako wielkie balony do pędzenia w nich lokalnego bimbru - tequili. Majtkowie przyzwyczaili się do nowej funkcji - byli wszak najwięksi w okolicy i wiecznie z wielką ilością alkoholu w organiźmie, po prostu bajka. Niedyskretnie nadmienić należy, iż piękne meksykańskie dziewczęta ochoczo próbowały specyficznych własności obu majtków, ze szczególnym uwzględnieniem badania modułu ich sprężystości. Co nie budziło bynajmniej ich wielkich oporów.                           

Tym samym został wyjaśniony sens ostatnich słów owego listu: "gumowe majtki sprawują się dobrze i rośnie w nich dobrze, a to, co urośnie jest mocne i dobrze działa".
Pani Kapitan zdmuchnęła płomień lampki i udała się na spoczynek.

Ach, gdybyż tylko kapitan CHanutti miała taki rysunkowy przewodnik po owocach Mórz  Południowych, nie doszłoby do gumowej tragedii!

                 

                                          (rysunki owoców pożyczono stąd)

12:52, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lutego 2009

Pani Kapitan postanowiła udać się do szewca, chciała odebrać zamówione przed jakimś czasem buciki.

Szewc wywiązał się należycie z zamówionej roboty. Gnąc się w ukłonach przekazał do zmierzenia wytworzone obuwie.

- Z najlepszej skóry, zelówki ze skóry, którą garbowałem osobiście, wyłożona najdelikatniejszym zamszem, godnym dziewic... - rozmarzył się niepokojąco szewc, po czym zmitygował się, dyskretnie splunął, jak to miał w zwyczaju, przełknął gorzką kurwemać, jak zwykł był mówić rechcząc przed tym, nim zażądał wygórowanego wynagrodzenia. Tym razem nie śmiał jednak wymówić i zaniemówiwszy ślepił wielkimi i szewskimi oczyma na zgrabną pęcinkę. Po raz kolejny powietrze zgęstniało, zaś czujne ucho pani Kapitan wychwyciło ów znany, delikatny szelest naprężonego materiału i lekki trzask pękającego szwu, zapewne nogawki. Uregulowawszy należność - pani Kapitan wyszła, udając się z wdziękiem na przechadzkę w porannej świeżości swych myśli.

                     

12:33, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 lutego 2009

Nie dłużej niż trzeba było, pani Kapitan trzymała czystą kartkę, którą wydobyła z zaadresowanej koperty. Koperta zatytułowana była

"Kapitan Chanutti

Wyspy Nadziei - Bylegdzie"

Czysta kartka wcale nie oznaczała, iż nie ma ona zawartych na niej treści. Kapitan opuściła na chwilę kartkę, i dopiero po pewnej chwili ponownie zaczęła się się wpatrywać w idealną biel papieru. Wiedziała doskonale, iż odpowiedni kąt patrzenia, a także odpowiedni stopień przymknięcia powiek umożliwi dokładne odczytanie treści ukrytych przed niepowołanym wzrokiem ciekawskich oczu. Kapitan dokładnie wiedziała, iż jedynym własciwym jest kąt 16o05`. Był to ulubiony kąt - niemal płaski, niemal poziom, ale nie do końca płaski. Idealny do spania, leżenia, wystarczająco płaski, aby nie być posądzonym o stanie, zaś dość niepłaski, aby nie być podejrzanym o leżenie; nogi pod tym kątem u stojącego oznaczały pozycję lekką i swobodną, ale już nie niechlujną: po przekroczeniu tego kąta pozycja stojącego zaczynała wyglądać niestarannie. Palce rozawarte pod tym kątem układają się dyskretnie w literę V, oznaczającą, jak wiadomo, symbol zwycięstwa. Słowem: idealny kąt do wszystkiego. A szczególnie - do czytania określonego typu wiadomości od ściśle określonego nadawcy.

Pozostawało jeszcze odpowiednie zmrużenie oczu, takie, aby rzęsy ledwie się stykały, pomiędzy którymi tworzyła się odpowiednia szczelina wystarczająca na określoną polaryzację światła, dzięki której biel papieru zapełniała się literami. Literami składającymi się w słowa, słowa zaś - w zdania. Pomiędzy tymi zdaniami znjadowała się treść, która tak bardzo ucieszyła panią Kapitan. Wieści w ogóle od tego autora, ale te - szczególnie - wywoływały żywsze i zawsze ogniste wspomnienia, rumieniec - także na twarzy, a także inne odruchy fizjologii, które należałoby określić mianem przyjaznych, ze szczególnym uwzględnieniem zwiększonej chrupliwości, jeśli czytelnik ma mgliste pojęcie na temat przyjemnych odczuć towarzyszących chrupaniu.

                                             czytająca list

                                                      (zdjęcie pożyczono stąd)

List - a właściwie biała karta - został dokładnie przeczytany, ba! - wchłonięty, treść wyssana do ostatniej kropli, a następnie z odpowiednim szacunkiem umieszczony w kuferku zamykanym czarodziejskim słowem. Po wszystkich tych czynnościach pani Kapitan opuściła swój mały, ale przytulny pokoik, do którego miała wyłączne prawo (o czym wspomniano w poprzedniej historii przygód), a uczyniwszy to - roztarła delikatnie kropelkę perfum "przyjemność" i udała się po schodkach na dół, do izby, w której - przy przygotowanym stole - czekała kapitańska wieczerza, tym razem urozmaicona serkiem almettyn oraz świeżym morskim ogórkiem potężnych rozmiarów. Na widok którego - nie wiadomo dlaczego  - pani Kapitan poczuła lekko przyspieszone tętno. Zasiadłwszy i wychyliwszy całkiem niewielką szklaneczkę mocno schłodzonego spirytusu, obdarzyła zebranych na sali wdzięcznym spojrzeniem i poczęła spożywać wieczerzę z godnością. Dookoła słychać było dyskretny trzask pękających szwów spodni współbiesiadników.

15:49, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5