RSS
sobota, 30 maja 2009

- Jeżeli ktoś śmie zarzucić mi kłamstwo - ryczał półtrzeźwy, czerwonosinolicy wielki I oficer w portowej tawernie rozchlapując rum z wielkiej szklanicy - to - do stu beczek zgniłych śledzi - gotów jestem rozerwać takiego łotra na strzępy. Pod kilem przeciągnąć, i wychłostać, do armaty przywiązać - darł się basem na całą tawernę, a głos niósł na uliczkę i unosił się nad portem.

I oficer fregaty "A big little witch" wielce był poruszony rozmową, do której przyłączył się samowolnie. Rozmowa prowadzona była w gronie naszej znajomej załogi i dotyczyła syren. Jedni więc opisywali grację syren, inni - ich ponętne głosy, inni - śpiewy, jeszcze inni zaś - fantazjowali, jak otóż postrzegaliby syreny jako towarzyszki ich doli i niedoli, co - jak można się domyślać - otworzyło szerokie wrota spekulacji o dużej dozie fantazji.

Kiedy z ust owego I oficera rozległy się słowa powątpiewania, czy w ogóle syreny istnieją, początkowo zignorowano jego obecność i bełkotliwo-skrzeczącą mowę. Ów oficer coraz głośniej jednak zadawał kłam istnieniu syren, co - rzecz jasna - spotkało się z rozbawieniem załogi, która - jak wiadomo - widziała nie takie rzeczy i z syrenami miała do czynienia niejednokrotnie. Szczególnie dotknięty poczuł się bosman, który - jak plotka głosiła - był szczęśliwym ojcem kilku syreniątek, i który po prostu nie mógł w spokoju słuchać dowodów marynarskiej ignorancji.

Zerwawszy się więc stanął w swej pełnej, wielkiej postawie i owemu oficerowi w twarz rzucił prychając pogardliwie, iż jest nędznym kłamcą i lądowym, cholernym i szmatławym szczurem, skoro nie widział syreny. To właśnie rozjuszyło I oficera i sytuacja zaczęła być niebezpieczna: bosman miał zamiar wyrwać oficerską głowę z przyległościami. Szczęśliwie Kapitan CHanutti postanowiła złagodzić sytuację i wyłączyć przy okazji ową fregatę ze służby morskiej na kilka długich miesięcy.

- Szanowny mości Oficerze - zaczęła Kapitan CHanutti. - Otóż proponuję następujący zakład: my twierdzimy, że syreny istnieją. Ty twierdzisz, że nie. Skoro więc my udowodnimy, że istnieją, a - co więcej - mieszkają w wodnym zamku unoszącym się na falach, Ty spełnisz nasze żądanie. Żądanie takie jest mianowicie: załadujesz na pokład swej fregatay 100 beczek zgniłych śledzi i popłyniesz z nimi w pełnomorski rejs 1500 mil w jedną stronę, do portu Guantajamo na Kubie, i wrócisz z tymi beczkami. Beczki będą otwarte. Zawartość nie może zostać wyrzucona. - To jak, szanowny oficerze? - zatrzepotała chłodno pani Kapitan, a dla znających panią Kapitan wiadome się stało, co nastąpi za niedługi czas.

- Ach, wy kłamliwe gnidy - ryczał pijany w sztok oficer - syren nie ma i nie było i nie będzie. Nikt ich nie widział i przyjmuję warunki zakładu, biorę wszystkich na świadków - rozejrzał się po tawernie. Przeciąć !!!!- ryknął głośno. Zakład został zawarty.

Nazajutrz fregatą Kapitan Chanutti został zabrany na nieodległą przejażdżkę ów I oficer. Nie później, niż po 3 godzinach rejsu oczom załogi i niedowierzającego I oficera taki okazał się widok:

 

                                             

                                         (They Swam Before the Ships and Sang Lovely Songs by L ouis John Rhead stąd)

I oficer zaniemówił, gdyż nigdy nie widział syren. Jako i nie wierzył w ich istnienie. Nie wierzył tak bardzo, jak bardzo bosman wiedział, że istnieją. Bosman zresztą bez pozwolenia pani Kapitan ciskał w wodę zabawki dla dzieci -  a to gumowe kaczuszki, a to małe stateczki, a to kawałki gąbki, koraliki i inne ciekawe, nietypowe dla bosmana rzeczy. Na pytający wzrok pani Kapitan, bosman zaczął się jąkać niewyraźnie, spłonił i orzekł, że lubi widok małych syreniątek bawiących się kaczuszkami, szczególnie - gumowymi.

- Otóż, Panie Oficerze - zaczęła pani Kapitan łagodnie, najłagodniej, jak mogła - czas na dopełnienie warunków naszego zakładu. Wracajmy do portu, beczki czekają. Szczęśliwie bowiem pewien zaprzyjaźniony kapitan holenderskiej galery miał problem z pewną ilością beczek nieświeżych. Załadunek przebiegł sprawnie. Wyjątkowo na nabrzeżu nie było gapiów wypłoszonych niesamowitym smrodem 100 beczek gnijących śledzi.

                                             

                         (Color Print of Wharf Workers Measuring Whale Oil Content in Barrels stąd) 

17:17, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 maja 2009

Owego bezchmurnego i cichego popołudnia fregata płynęła spokojnie wytyczonym kursem po lekkich zielonkawych falach, pod pierzastymi chmurami. Po obiedzie pani Kapitan wyszła na pokład: marynarze leniwie grali w mariaża, inni drzemali na zwojach lin, jeszcze inni popijali złociste piwo, którego kufelek przysługiwał każdemu w niedzielne popołudnie. Tuż za fregatą podążała druga fregata, w której wieziono ładunek. Słowem, wszystko przebiegało bez przeszkód i bez zakłóceń i pani Kapitan postanowiła zażyć niedzielnej poobiedniej drzemki w swojej kajucie.

Umościwszy się wygodnie na haftowanych poduszkach, ziewnęła lekko, a dystyngowanie i już już zapadała w miły półsen, w którym jawić jej się zaczęły odległe, a utęsknione krainy, kiedy nagle coś zgrzytnęło straszliwie, fregatą zatrzęsło, zakołysało gwałtownie w przód i w tył, zaskrzypiały napięte do granic liny. Pani Kapitan wyskoczyła z łoża i w oka mgnieniu znalazła się na pokładzie, gdzie oczom jej przedstawił się widok iście przerażający: Oto fregata zatrzymała się na samym krańcu straszliwego urwiska, bezdennej otchłani, nad którą teraz wisiała przechylona dziobem, niepewna jeszcze czy zsunąć się w dół, czy pozostać w miejscu.

                                       

Jednym rzutem doświadczonego oka, pani Kapitan oceniła grozę sytuacji i wydała załodze rozkaz natychmiastowego przetoczenia na rufę wszystkich pełnych beczułek z rumem oraz zgromadzenia się tamże w celu zapewnienia koniecznej przeciwwagi. Jednocześnie dźwięcznym głosem, który daleko niósł się w zmartwiałej z przerażenia ciszy, zawezwała załogę fregaty ładunkowej na pomoc. Fregata podpłynęła na bezpieczną odległość, zarzucono liny, pani Kapitan dałą komendę "cała wstecz" i statek powoli zaczął cofać się na bezpieczne wody. Doprawdy, w ostatniej chwili dzielna załoga została uratowana, a to tylko dzięki przytomności umysłu pani Kapitan.

Zaraz też zaczęły rozlegać się okrzyki marynarzy, którzy na wyścigi dawali upust uldze, że oto uszli z życiem, a także domysłom czym może być ta straszliwa krawędź. - Mówiłem - wybijał się ponad wszystko sznapsbaryton bosmana - mówiłem nie raz i nie dwa, że ziemia jest płaska i że kiedyś dopłyniemy do jej krawędzi?! Kapitan CHanutti wyłowiła w tłumie wzrok swego zaufanego pierwszego oficera, z wyraźną złością wzruszyła ramionami, zacisnęła usta i obrzuciła go gniewnym spojrzeniem, pod którym oficer zzieleniał z lekka jak oceaniczna fala i pokornie podążył za panią kapitan pod pokład.

Tu pora wyjaśnić, że kapitan CHanutti doskonale zdawała sobie sprawę co się stało i odpowiedzialnością za to obarczała właśnie pierwszego oficera, z którym dzieliła dwie tajemnice. Jedną z nich była tajemnica proroczego życzenia pewnego chińskiego mędrca, o drugiej napiszemy w dalszym toku tej opowieści.

Otóż przed kilku laty, kiedy fregata zawinęła do portu w Szanghaju, pani Kapitan kilka dni gościła u sławnego mędrca Ap Ta Szo, wymieniając z nim spostrzeżenia dotyczące natury wszechświata, duszy ludzkiej i innych spraw ważkich, a zajmujących. W rozmowie ujawniła mu swoją skrzętnie skrywaną przed załogą wstydliwą słabość, taką otóż, że - mimo lat spędzonych na morzach - odznacza się całkowitym brakiem orientacji i niechęcią do posługiwania się mapą. Mędrzec wysłuchał jej uważnie, a przy pożegnaniu ujął jej głowę w pomarszczone ręce i wyrzekł słowa, które miały stać się brzemienne w skutki na lata. Słowa te brzmiały: "Niechaj twoje mapy prowadzą cię wiernie."

Już następnego dnia pani Kapitan przekonała się, że wystarczy jej zerknąć na mapę, aby wiedzieć gdzie ma płynąć i jaki kurs wyznaczyć, co przejęło ją prawdziwie głeboką wdzięcznością dla mędrca Ap Ta Szo. Jakież jednak było jej zdziwnienie, gdy jeszcze tego dnia wieczorem na wyznaczonym kursie pojawiła się ogroma kryształowa góra zwieńczona białą czapą - ni to śniegu, ni piany, która przy bliższych oględzinach okazała się ... olbrzymich rozmiarów kuflem piwa. Spojrzawszy na mapę, pani Kapitan przekonała się, że oto bosman w roztargnieniu postawił na niej niedopity kufel piwa.

O doprawdy, okazało się, że zgodnie ze słowami mędrca, mapy pani Kapitan były odtąd niezwykle wierne. W kolejnych latach załoga przeżyła burzę popiołową (na mapę wysypała się pełna popielniczka sternika); żeglowanie poprzez morze guano (nad rozpostartą na pokładzie mapą przelatywał albatros!) i inne niebezpieczne i niepokojące przygody. W końcu pani Kapitan w absolutnym zaufaniu opowiedziała całą historię pierwszemu oficerowi i jemu to właśnie nakazała posługiwać się mapami w wyznaczonej ku temu i zamykanej na klucz kajucie.

A  oto co wydarzyło się niedawno i w konsekwencji doprowadziło statek nieomal do wypadnięcia poza tajemniczą krawędź: Na wspomnianych w poprzedniej opowieści Wyspach Kolorowych, pierwszy oficer poznał autochtonkę, na której krągłych pośladkach, pomysłowy tatuażmajster wytauował mapę świata. Wdzięcznie podrygując kontynetami, autochtonka ta opętała pierwszego oficera na tyle, że bez zgody pani Kapitan sprowadził ją na pokład i za pomocą jej hm..., globusa wyznaczał odtąd wszelkie kursy. Oczywiście pani Kapitan odkryła to natychmiast, ale że statek wypłynął już głeboko w morze, autochtonka musiała pozostać na pokładzie aż do najbliższego portu. Jednak pani Kapitan przeczuwała, że ta historia źle się może skończyć i nakazała oficerowi najwyższą ostrożność oraz zachowanie wszystkiego w najściślejszej tajemnicy.

Tak więc codzień wieczorem pierwszy oficer zjawiał się na kolacji z tajemiczym, a zadowolonym uśmiechem a na pytania, co tak długo robił w kajucie, odpowiadał niezmiennie, że regulował SEKSTANS, na co pani Kapitan przewracała oczami z miną cokolwiek zirytowaną.

Uważny, a na dodatek obeznany ze skalą Czytelnik, spojrzawszy na poniżej zamieszczone zdjęcie niezwykłej mapy, natychmiast domyśli się nad jaką to krawędzią w ostatniej chwili zatrzymała się fregata:

                     

Dodajmy tylko, że po tej przygodzie, kiedy to - aby dopłynąć do Ameryki Południowej - musiano wziąć kurs na Chiny, pani Kapitan ponownie odwiedziła mędrca Ap Ta Szo i poprosiła go uprzejmie, aby zdjął z fregaty klątwę, w którą przemieniło się nieopatrznie wypowiedziane życzenie. Dodajmy również, że całej sprawy nie udało się zachować w tajemnicy przed załogą i jeszcze wiele lat potem, pani Kapitan musiała surowo ukarać pewnego majtka, kiedy usłyszała, jak w portowej tawernie opowiadał jak to pewnego razu załoga "omal nie wpadła do..." - W tym momencie na szczęście, pani Kapitan wkroczyła do tawerny i obrzuciła majtka tak groźnym spojrzeniem, że zamilkł w pół słowa.

23:51, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2009

       Pewnego dnia na horyzoncie został dostrzeżony niewielki punkt, który, w miarę zbliżania, okazał się większym punktem, ten - okruszkiem, następnie - okruchem, aby w odległości niewielkiej już zupełnie okazał się być niewielką szalupą. W szalupie zaś siedzialo 4 mężczyzn. Pani Kapitan poleciła rzucić liny, które jednak okazały się niewystarczające: podróżni szalupowicze nie mieli tyle sił, aby po linie wciągnąć się na pokład fregaty, zwłaszcza, że dwóch było okazałej tuszy. A nawet znacznie okazałej tuszy. Rzucona została więc drabinka sznurowa, po której z mozołem pasażerowie szalupy weszli sapiąc straszliwie na pokład. Pani Kapitan oczekiwała na pokładzie w towarzystwie swego I oficera oraz oddanego bosmana, a także sternika i oficera nawigacyjnego, który - co powszechnie było znane - znał kilka języków obcych i umiał się nawet nimi całkiem dobrze posługiwać. Przybysze wyprostowawszy się, czujnym okiem omietli pokład, żagle, zlustrowali załogę i chytrze się uśmiechnęli do siebie. Dopiero ów nikczemny dość uśmieszek w przypadku chudszych,  a nikczemno - łajdacki  - w przypadku grubszych jegomości u świadomił wszytkim, że z przybyszami mogły pojawić się kłopoty. Okazało się, że dwaj grubsi są zakonnikami, dwaj zaś chudsi - bankierami z londyńskiego City, wszyscy zaś - rozbitkami ze statku pasażerkiego, jaki uległ rozbiciu w zderzeniu z niewiadomego pochodzenia sporych rozmiarów zwierzem. Podejrzewano zamroczonego wieloryba, ale domysły te nie były niczym poparte. Pani Kapitan wyznaczyła kajuty swym gościom i zaprosiła do wspólnej wieczerzy. W trakcie jej trwania podano do posiłku wino, które pito za zdrowie Pani Kapitan, ona zaś rewanżowała się toastami za gości. Po północy gioście udali się na spoczynek, także Pani Kapitan, która zlustrowawszy statek, poszła do swej kajuty, której - jak zwykle - nie zamknęła na klucz.

Po porannym dzwonie i posiłku, Pani Kapitan poleciła majtkom przyprowadzić gości. Ci przybyli skruszali i leko zgarbieni, wystraszeni mocno. Pani Kapitan przemówiła: - Czigodni przybysze... przyjęłam was na pokład mej fregaty i ugościłam należycie. Wy jednak odczytaliście mą gościnę niewłaściwie, grzeczność zaś i ogładę, jako i dobre maniery, wzięliście za słabość i Bóg wie co i jeszcze. Omyliliście się jednak w swych rachunkach, dlatego rozkazuję: na mnicha wsiądzie, niczym na konia, każdy z was, panowie bankierzy, jeden zaś chłostać będzie i swojego, i cudzego rumaka. Zmiana nastąpi po upływie 30 okrążeń dokoła masztu. Bosmanie .... - zerknęła na bosmana znacząco Kapitan. 

Bosman wysunął jedynie lekko szczękę i zamruczał jakieś burwiące, zduszone  przekleństwo i obaj wskoczyli dziarsko na opasłych mnichów. Jeden zaś chłostał z wyraźnym zadowoleniem tego, na którym siedział. Ów chłostany mnich wnet zaczął płomienną orację wygłaszać o nikczemności i małości ludzkiej duszy błądzącej.

 (obraz pochodzi stąd)

Załoga z niemym zdumieniem przyglądała się scenie, jaka nie codzień była do obejrzenia na fregacie. Szmer rozbawienia przeszedł przez brodate gęby, tu i ówdzie rozległ się zduszony basowy i ochrypły chichot. Zabawa trwała przez czas jakiś. W końcu Pani Kapitan, powziąwszy jakąś jednoznaczną decyzję, fuknąwszy gniewnie (które fuknięcie zmroziło gapiów i wszelkie oznaki wesołości znikły) kazała natychmiast najbliższym majtkom wyrzucić przybyszów za burtę i odciąć hol, na którym holowana była szalupa ratunkowa przybyszów. Cieśli okrętowemu wydała polecenie:

- Cieślo, przynieście tu beczułkę wielorybiego skrzepłego tranu, lub puszkę wazeliny, która z pewnością przydatna będzie owym mnichom w najbliższych dniach, jako i tym małym bankierom. Następnie wrzućcie owo do szalupy i rzeknijcie naszym miłym gościom (tu Pani Kapitan do ucha wiernego cieśli wyszeptała, co otóż ma powiedzieć pasażerom szalupy. Na co cieśla spąsowiał i jego oddech wyraźnie przyspieszył i stał się chrapliwy).

Załoga długo jeszcze rozważała, jakie okoliczności spowodowały taki los owych rozbitków. Jedynie bosman zza fajki i chmur dymu uśmiechał się tajemniczo i nikomu nie wyjawił sekretu o słyszanych w nocy kolejno czterech identycznych kompletach odgłosów: delikatnego skrzypienia drzwi kajuty Pani Kapitan, 6 szybko następujących po sobie  trzasków (jakby wymierzanego sześciokrotnie siarczystego policzka) i szybkiego tupotu stóp po schodach. 

21:40, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 maja 2009

Po wielu dniach żeglugi pani Kapitan postanowiła zaznać lekkiej odmiany i dopłynąć do Wysp Kolorowych Kobiet, zwanych Wyspami Kolorowymi. Wyspy słyną - jak sama nazwa wskazuje - z wielce wielobarwnych kobiet i dziewcząt. Z pewnością widok wymarzony dla marynarzy, którym długie i monotonne dni żeglowania doskwierały nudą. Szczerze mówiąc - inspiracją tej niecodziennej odmiany był tatuaż, jakim pysznił się pewnien starszy majtek, a w kórym zawarte były piękne i tajemne teksty, jakie zostały wytatuowane przez nieco egzaltowanego artystę - tatuażmajstra.

Wyspa odznaczała się mieszkańcami, a ściślej -mieszkankami. Wyspę zamieszkiwały wyłącznie przedstawicielki płci pięknej. Trwałość populacji zapewniały wizyty strudzonych żeglarzy, nie dość strudzonych jednak, by nie uczynić tego, co konieczne dla przedłużenia istnienia populacji. Marynarze tedy zawsze mogli liczyć na piękne widoki, a także na obfity poczęstunek złożony z różnych pyszności o wysokich walorach etnograficznych.

Wkrótce po zawinięciu do portu marynarze udali się na zwiedzanie niewielkiej wyspy i podziwianie widoków. Szczególnym zainteresowaniem cieszyła się uprzejma  plażowiczka, zwiastująca interesujące przeżycia duchowe i artystyczne

Szczęście marynarzy było wielkie w portowej tawernie, w kórej obsługiwały giętkie i - a jakże - bardzo kolorowe dziewczęta w skupieniu wysłuchujące wykrzykiwanych w podnieceniu zamówień, które zasadniczo skłądały się z piwa, niekiedy tylko z rumu czy dżinu. Jedna z kelnerek był mniej płochliwa i pozwoliła się uwiecznić, a nawet - co okazało się po pewnym czasie - nie tylko uwiecznić.

Wieczór w tawernie upłynął wyjątkowo kolorowo. Część marynarzy pozostała na noc w porcie, część - wróciła na fregatę. Przed dziewiątą rano cała załoga była na pokładzie. Część marynarzy wyglądała na wyraźnie osłabioną. Pani Kapitan domyślała się nawet przyczyn osłabienia i wielkodusznie nie wymagała tego poranka zbyt wiele od swoich wymęczonych, ale jakże szczęśliwych wilków morskich. Po południu okazało się, że na fregacie znajduje się marynarz, którego kolory mocno się zintensyfikowały przez ostatnią noc. Zadowolony i dumny kolorowy marynarz opowiadał z zadowoleniem w jaki sposób zapłacił za wykonanie arcydzieła na swych kolorowych plecach. Słuchającym zaświeciły się oczy w chwili, gdy zrozumieli, że wszystkim artystkom, ktore tatuaż wykonywały, płacił tym samym, przy czym wykonawstwo tatuażu trwało 14 godzin i zatrudnione były przy tym 23 młode adeptki sztuki tatuażniczej. Zadowolenie z zapłaty jest widocznie  adekwatne do poziomu artystycznego dzieła, które - ze względów emocjonalnych - prezentujemy tylko w wersji wyższej i tylnej. Pani Kapitan poczuła się nagle bardzo dumna ze swojej załogi.

11:38, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 maja 2009

   W swojej kajucie pani Kapitan - prócz obrazów, z którymi wiązały się różnorakie przygody i wspomnienia - miała także niezwykłą rzeźbę. Rzeźba wykonana była z cennego drzewa palisandru, a otrzymała ją pani Kapitan niegdyś od Tajemiczego Nieznajomego. Ku niemu właśnie dnia szesnastego mAja myśli kapitan Chanutti płynęły na morskich falach, ku niemu leciały zwiewną bryzą, ku niemu żeglowały furkocząco. Pani Kapitan spoglądała sobie na swój palisanderek, co trzy godziny - zgodnie z tajemną umową - wkładając do ust herbaciany cukierek (wielki zamorski przysmak) i uśmiechając się do najróżniejszych wspomnień: a to łagodnie, a to chichocząc z lekka, a to różowiąc się jak polna różyczka, a to wręcz pąsowiejąc niczym piwonia. Były to wspomnienia mAjowe w wyrazie, smaku i zapaCHu, że jednak z samej głębi kapitańskiego pochodzą serca, publikować ich tu nie zamierzamy. Dodać jedynie należy, że tego dnia marynarze najspokojniej mogli sobie leniuchować pod pokładem, albowiem statek sam lekko unosił się na falach i podążał odpowiednim kursem unoszony siłą kapitańskich wspomnień, myśli i tajemnic...                    

                               

15:06, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 maja 2009

W Rotterdamie, w którym pani Kapitan wykonała w niezbędne sprawunki, dokuczliwa migrena wymusiła wizytę u nadwornego medyka. Pani Kapitan niechętnie korzystała z usług portowego łapiducha, ten bowiem zwykł raczej zszywać, łatać, nastawiać różne wywichnięte kończyny, a także leczyć różne choroby mniej lub bardziej galijskie. Nadworny medyk, Joost van den Vondel, miał wobec pani Kapitan określony dług wdzięczności, tedy zawsze można było liczyć na jego przychylność. Tak więc kiedy chłopiec okrętowy przyniósł wiadomość, że czcigodny doktór oczekuje, pani Kapitan udała się z wizytą w celu określenia przyczyn lekkiego osłabienia i dokuczliwej migreny, trwającej - z przerwami - stanowczo zbyt długo.

Medyk był człowiekiem niezwykłym. Oprócz medycyny zajmował się astronomią, astrologią, botaniką, fizyką optyczną, kwantową, a także alchemią. Był przy tym poetą i filozofem , pisującym pod przybranym nazwiskiem Mennonites de Saint-Denis de Saint-Evremond. Miał przenikliwy wzrok i mało mówił, a przy tym miał twarde, ciepłe dłonie, co u lekarza - jak wiadomo - jest podstawą. Pani Kapitan, jak każda dama, brzydziła się najzupełniej mężczyznami z dłońmi niemrawymi, bladymi, wilgotnymi i chłodnymi. Przyzwyczajona była do spoglądania na konkretne, wielkie łapy swych marynarzy, nie zaś na naleśnikokształtne nibyłapki.

Pani Kapitan u lekarza

                                                   (Ilustrację pożyczono stąd)

Owóż medyk po uprzejmym przywitaniu wysłuchał pani Kapitan w pełnej skupienia ciszy i po chwili namysłu, a także niezbędnych muśnięciach lekarskich dłoni, słuchawek i wzierników orzekł, iż wie, co przyczyną niedyspozycji.

- Otóż, szanowna pani Chanutti, zaczął. Ból głowy, pleców, poczucie osłabienia nie wynika z przyczyn wegetatywnych. Źródło leży poza Pani organizamem, a nawet, ośmieliłbym się stwierdzić, daleko poza nim. Widać z pewnych oznak, iż bóle są typowe dla dumnych i osamotnionych dam, które serce swe i uczucia ulokowały w kimś, kto - z różnych zapewne przyczyn - przebywać musi co najmniej kilka tysięcy mil. Lekarstwa na bóle nie ma, żadne krople nie pomogą na dolegliwości o takim podłożu. Są dwa możlwe teoretycznie rozwiązania problemu:  pierwsze - zapomnieć. Drugie - nie zapominać. W drugim przypadku zalecałbym  - tu doktor pochylił się nad uchem pani kapitan i kilka chwil instruował ją, co otóż zaleca. Pani Kapitan wysłuchawszy spłonęła lekko i upewniła się, czy aby dobrze usłyszała liczbę cztery. - Tak, właśnie taka dawka jednorazowa - potwierdził medyk. - Plasterek cytryny niekonieczny - uzupełnił, po czym wstał, pożegnał panią Kapitan uprzejmie. Pani Kapitan opuściła pomieszczenie i - uzyskawszy informację co do drogi ku aptece pod Opatrznością Bożą, skierowała tam swe kroki w celu zakupienia niezbędnych - powiedzmy - środków przeciwdziałających nostalgii.

09:34, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 maja 2009

Pewnego dnia , zaraz po piątym uderzeniu okrętowego dzwonu, w kajucie pani Kapitan pojawił się mocno zaniepokojony I oficer, który zameldował, iż w nocy coś zżarło jeden żagiel, a ściślej pół sterbramsztaksla i niemal cały kliwer. Na dodatek zachodziło podejrzenie, że obserwator z bocianiego gniazda albo tej nocy odleciał, albo wręcz przeciwnie. Ślady wielkiej paszczy na resztkach żagli wskazywały, że potwór morski złożył na fregacie wizytę. Nikt niczego nie zauważył i zachodzi obawa, że taka niespodzianka może się powtórzyć. Pani Kapitan postanowiła działać bez zbędnej zwłoki. Postanowiła mianowicie potwora schwytać i zapewnić w ten sposób swej załodze parę dni kulinarnej odmiany. Jak wiadomo, potwory morskie, szczególnie te nocne, są najniebezpieczniejsze: działają w absolutnej ciemności, w absolutnej ciszy i są w zasadzie niuchwytne. Są przy tym groźne, potrafią bowiem pożreć śmiałka, który miałby nieszczęście stanąć takiemu na drodze.  Do pomocy w schwytaniu potrzebowała jedynie kuka i bosmana. W ciągu dnia marynarze podziwiali siłę i zwinność bestii, pod wieczór jednak pokład nienaturalnie opustoszał. Załoga, pod pozorem różnych codziennych zajęć, pospiesznie skryła się pod pokładem. Na pokładzie pozostała jedynie pani Kapitan i dzielny bosman, który - szczerze mówiąc - nieswojo czuł się mając w perspektywie długą noc czuwania, którego koniec mógł być różny...

Pani Kapitan w błyskach zachodzącego słońca na cienkiej lince wrzuciła do wody jakąś niewielką tkaninę, a może szmatkę koloru zielonego. Bosman, który dyskretnie obserwował przygotowania swojej ukoCHanej pani Kapitan do pochwycenia potwora, był całkowicie pewien, że ma kolor zielonkawy, khaki jakby i w chwili, kiedy szmatka szybowała do lustra wody, miły zapach ogarnął bosmana, jakaś przemożna tęsknota i ciepłe wspomnienia. Chłodna bryza orzeźwiła bosmana i - uzbrojony w harpun, bosak, pałkę z oliwnego drzewa, a także topór (całkiem niewielki zresztą) oczekiwał tego, co zdarzyć się miało.

Zaszedł księżyc. Niebo było czarne. Minuty płynęły wypełnione niemrawym szumem fal. Dość nieoczekiwany błysk latarni zakłuł w oczy. Bosman z absolutnym zdziwieniem, większym niż przerażenie, taką oto ujrzał scenę: na pokładzie leży wielki potwór, długi na co najmniej 45 stóp, wężowego kształtu, z paszczą obrzydliwą, zębatą i apatyczną. Potwór w zębach trzymał ową zieloną szmatkę, ale trzymał delikatnie, z czułością, z miną zakochanego gimnazjalisty. Potwór mruczał i ślinił się bełkocząc niezrozumiale. Pani Kapitan stała tuż przed potworem i z błyskiem triumfu kiwnęła na bosmana, by czynił wespół z kukiem to, do czego zostali przygotowani, po czym odwróciła się i zeszła do swej kajuty.

       Oto dwa wizerunki straszliwego potwora uwiecznionego przez okrętowych artystów:

              potwór morski

                                              (Ten wizerunek pożyczono stąd)

                                 potwór morski 2

                                                             (A ten stąd (Hibbary, The sea monster)

Nazajutrz o schwytaniu potwora wiedzieli wszyscy, a niektórzy całkiem go sobie chwalili, gdyż kuk potrafił przyrządzić doskonale każdy rodzaj morskich ryb i innych bestii (co niewątpliwie zasługą sypanego w sporych ilościach pieprzu). Nieodgadniona pozostała zagadka, na jaką otóż przynętę został potwór schwytany.

Po wielu dniach żeglugii, zawinięciu do Rotterdamu, nikt nie skojarzył polowania na potwora z  zakupami, jakie pani Kapitan poczyniła w celu uzupełnienia nadwerężonego zapasiku swych perfum, a także pewnej znamiennej części bielizny, w kolorze zielonym, jakby khaki.

15:55, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »