RSS
wtorek, 28 kwietnia 2009

Kiedy Pani Kapitan odpływała z portu, miała wyjątkowo dobry nastrój. Gościna miasta, w którym spędziła kilkadziesiąt godzin, a także jego urok, zawsze nieodparcie powodowały, iż chętnie zawijała do tego portu właśnie. Niestety, jedyna niedogodność, konsekwentna od lat - a mianowicie licha kuchnia, pijani kucharze, niedomyci kuchcikowie i leniwe kucharki, jednym słowem - gastronomia portu - kładła się cieniem na całokształcie doznań. Doznań pozytywnych ze wszech miar, do cna, jak rzekłby pewien znajomy marynarz. 

W portowym mieście okazało się, że są miejsca dotychczas nieodkryte. Pani Kapitan miała więc przyjemność zwiedzić ogród botaniczny, w którym szczególnie interesujące okazały się kaczeńce bluszczolistne, dęby ogromnooowocowe (żołędzie osiągały 3 stopy długości), uśmiechnięte kasztanowce (łupina przybierała kształt uśmiechu - stąd nazwa); w ogrodzie spotkała drzemiący okaz braci marynarskiej i lekki aromat zamorskiego wina wyraźnie wskazywał na źródło senności owego okazu. Obraz ten utkwił szczególnie wyraziście...

                                    A oto ów ogród botaniczny w dwóch odsłonach:

                           

                                            (Zdjęcie pożyczono stąd)

                                  

                                          (Zdjęcie pożyczono stąd)

Tęsknie pani kapitan spoglądała na zarys oddajającego się miasta portowego, zwłaszcza, że odpływając miała wrażenie, że nie czuje się najlepiej. Wiadomo jednak wszystkim żeglarzom, że bezkres oceanu nastraja różnie, jednak zasadniczo - pozytywnie.

 - Czas na spoczynek - pomyślała Pani Kapitan i zeszła, nie bez lekkiego trudu, pod pokład, do kajuty wspominać miły pobyt.

09:51, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 kwietnia 2009

Owego pięknego dnia fregata pani Kapitan CHanutti zawinęła do małego portu położonego na niewielkiej, acz malowniczej wyspie Archipelagu Wysp Koralowych. Po wielu dniach pobytu na otwartym morzu część załogi karnie zeszła na ląd w celu właściwego upicia się i pobaraszkowania z portowymi pięknotkami. Pani Kapitan popierała te zamiłowania załogi do naturalnego pofolgowania męskim, ostrym potrzebom; sama w tym czasie zapoznawała się z co bardziej interesującymi szczegółami lokalnej historii, zwiedzała zabytki, zaszczycała swoją obecnością bale, rauty, przyjęcia i temu podobne, które były organizowane ad hoc przez co znakomitszych mieszkańców. Na wyspie, do której zawinęła fregata, szczególnie ciekawy był ogród złożony z drzew, inaczej zwany ogrodem dendrologicznym. Stanowił on zbiór najrzadszych drzew i nieprawdopodobnych wprost okazów, nie występujących nigdzie indziej. Zaciekawionym czytelnikom należy zdradzić, iż samo istnienie ogrodu było owiane tajemnicą i mało komu było znane. No, niektórym niedyskretnym osobnikom pewne fakty były, nie widzieć czemu i skąd, wiadome. Ot, pani Rowling w swej książce o Harrym Potterze wykorzystała wierzbę bijącą, co czytelnikom wydało się wielce interesujące. Naprawdę zaś w rzeczonym ogrodzie rosły nie tylko takie okazy, ale znacznie bardziej interesujące.

Panią Kapitan po ogrodzie postanowił oprowadzić właściciel, równocześnie wnuk pierwszego właściciela i założyciela, lord Anthony Ligniform of Springhalt. Z roli tej wywiązywał się - przyznać trzeba - doskonale. Niektóre okazy wzbudzały rozmaite odczucia pani Kapitan: ot, choćby w strefie drzew owocowych szczególną uwagę przykuwały drzewa pierogowe i naleśnikowe (małe, zielone i niedojrzałe naleśniki zwisały na długich szypułkach); w strefie drzew mamonowych nisko płożące się drzewa rublowe, hrywienne, litowe, a równocześnie gronne okazy dolarowe budziły szczególne zainteresowanie nielicznych gości: dojrzałe banknoty, zebrane w baldachogrona, zrywane były przed nastaniem pory deszczowej pod ścisłym nadzorem skarbnika dworu.

Drzewa perfumowe, kauczukowe, kakaowce i czekoladowce, drzewa truflowe, miętowe i inne okazy nie były tak jednak ciekawe, jak - jak zwykł je określać właściciel - drzewa miłe [Jollywood]. Drzewa te były właściwie pod każdym względem niezwykłe, albowiem zamiast korowiny, pokryte były miękkim futrem, podobnie, jak kot czy królik. Pień w dotyku był miękki i ciepły, w rzeczywistości chciało się do drzewa przytulić i pogłaskać je. Przez ciekawość pani Kapitan postanowiła pogłaskać jedno z bliżej stojących, jednak lord Anthony bezwzględnie, z zaskakującą stanowczością, odmówił zgody na ten gest. Pani Kapitan, lekko dotknięta w swej godności, oczywiście  nie dała po sobie niczego poznać, jednak po zakończonym zwiedzaniu, przy lampce wybornego wina (pozyskiwanego - co zrozumiałe - z drzew winotocznych) zadała uroczemu gospodarzowi pytanie, dlaczego i skąd taka szorstka odmowa tej drobnej prośby. Lord uśmiechnął się lekko do swoich wspomnień i odrzekł, iż stanowczość jego w tym względzie  wynika z troski o dobro i przyszłość pani Kapitan. Lord - indagowany lekko zachęcającym uśmiechem uroczego gościa - rozwinął swą myśl i opowiedział historię, w którą dość trudno uwierzyć, jednak - wedle słów lorda - najczystszą jest prawdą. My zatem przytoczymy ją w skrócie. Otóż drzewa miłe są w rzeczy samej gatunkiem szczególnie rzadkim, albowiem można ten gatunek rozmnażać wyłącznie wegetatywnie, a więc zasadniczo przez ukorzenianie zrzezów. Jest tak dlatego, iż nieznane są osobniki żeńskie, zatem wytwarzanie owoców i nasion w przypadku tego gatunku jest wykluczone. Istnieją więc wyłącznie osobniki męskie. A ponieważ są to drzewa miłe, więc - jak pani Kapitan sama się przekonała, aż korci, aby dotknąć ich miłe pnie, pogłaskać czule i wtulić się w ciepłą miękkość.

                                            Drzewa miłe:

                        

                     Lorraine Biggs Furry Tree 1, 2 and 3 (obrazy pożyczono stąd, stąd i stąd )

                                           

- Otóż - opowiadał lord Anthony - trzeba wiedzieć, iż taka strategia postępowania w świecie roślin nie jest niczym nadzwyczajnym. Niektóre rośliny, jak powszechnie znane dzbanecznik, czy rosiczka, przywabiają owady, aby je pożreć. Drzewa miłe czynią podobnie, wabią otóż miłą swą aparycją i ciepłą miękkością, ale bynajmniej nie owady. Wabią mianowicie wszystkich tych, którzy spragnieni są ciepła i miękkości, a więc przede wszystkim ludzi, ściślej - płeć piękną. Proszę jednak nie sądzić, że drzewa te wyrządzają krzywdę, choć.... - zawiesił głos lord.

- Choć powiem obrazowo tak- kontynuował z lekkim rumieńcem lord. Przed ponad ćwierć wiekiem do ogrodu przyszła wycieczka, jaką swym podopiecznym zafundowała szkoła dla dziewcząt z sąsiedniej wyspy. Wycieczka miłych i młodych, bodaj 16 i 17-letnich panienek, mogła chodzić samopas, więc część dziewcząt zrywała naleśnikowce, część - pierogi drzewne, inne oddały się zbieraniu małych, niedojrzałych banknocików z dolarowców. Część dziewcząt jednak poszła do zabronionej części, gdzie rosną drzewa miłe. Proszę mi wierzyć, że kiedy wszystkie zebrały się po zakończonej wycieczce i dzieliły swoimi doznaniami, osiemnaście dziewcząt wyróżniało się szczególnie. Miały problemy z chodzeniem, siadaniem, zaś  wzburzone fryzurki i pokrzywione czepki, nieskładnie pozapinane bluzeczki, a przede wszystkim zamglony wzrok i wypieki na twarzy dość wyraźnie wskazywały, że drzewa okazały się być nie tylko miłe, ale i bardzo uczynne dla tych młodych dam. 

- Niestety, muszę dodać, iż i ja osobiście, jako młodzieniec, zapragnąłem pogłaskać i przytulić się do drzewa miłego - wyznał lord Anthony, a wzrok jego zaczął błądzić nad horyzontem.

- I muszę dodać, że drzewa te są w istocie bardzo miłe. I bardzo uczynne. I dodać muszę - kończył swą opowieść - że w rzeczy samej - po takim bliskim spotkaniu nie jest latwo chodzić, a zwłaszcza siadać, przynajmniej przez pewien czas. Choć dziś akurat siedzieć mogę w miarę wygodnie, cóż - to kwestia przyzwyczajenia - dodał figlarnie.

Pani Kapitan długo wspominała wizytę w niezwykłym ogrodzie i - pomna przestróg lorda Anthony`ego - postanowiła nigdy nie głaskać niczego, co nieznane, a równocześnie wydaje się miłe w dotyku.

13:17, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »