RSS
wtorek, 31 marca 2009

Rejs kolejny nie był łatwy za sprawą ładunku, jaki miał być przewożony. Ładunkiem tym były wielkie worki, beczki, a nawet kilka ogromych pojemników na kształt kontenerów wypełnionych nasionami. Nasiona miały jednak niezwykłą moc i były w ogóle dość niezwykłe. Określane były jako towar niebezpieczny. Nasiona ładowane były z zachowaniem szczególnej ostrożności w największym porcie - stolicy Archipelagu Wysp Nasiennych, o pięknej starołacińskiej nazwie Semenum.

Sama pani Kapitan pilnowała i doglądała załadunku i właściwego rozmieszczenia pakunków. W specyfikacji przewozowej z obawą zauważyła pozycję nasion kolczastych i pakunki z tymi właśnie nasionami kazała umieścić przy samej burcie i dodatkowo zabezpieczyć specjalnymi plandekami. Skąd obawy pani Kapitan?

Kilka słów wyjaśnienia. Przewożone nasiona posiadają niezwykłą moc. Czy za sprawą prądów morskich, czy klimatu, czy tajemniczych zwyczajów lokalnych mieszkańców nasiona kiełkowały wszędzie, gdzie padły na podatny grunt. Inną sprawą jest to, że przewożone nasiona nie były nasionami kapusty czy pastewnej marchwi. Nasiona były niezwykłe i służyły równie niezwykłym celom.

Najwięcej w ładunku było nasion sfutrzających, mniej - wełnujących, żółwiujących, koloryzujących, piersiujących, a najmniej - iglastych. O niezwykłości nasion przekonał się niegdyś bosman, który nieświadom zagrożenia schował niewielką torebkę nasion za pas. Miał sporo szczęścia, gdyż były to akurat nasiona sfutrzające. Ponieważ torebka uległa uszkodzeniu, nasiona wsypały się bosmanowi w spodnie i natychmiast się posiały. Do dziś bosman szczyci się bujnym futrem w tych wszystkich miejscach, na które padły nasiona. Który to fakt wywołuje różne reakcje, bywa, że głośny chichot wysokich głosów z portowych zamtuzów.

Nie należy się dziwić zatem kapitańskiej ostrożności ukierunkowanej szczególnie na czynnik ludzki ze szczególnym uwzględnieniem humoru załogi. Ot, w czasie przedostatniego frachtu tych nasion zdarzyło się, iż śpiącemu majtkowi kilka nasion wełnujących wrzucono za koszulę, innemu - nasiona łaciate posiano w trakcie snu na policzku, jeszcze innemu zaś - nasiona gigantyzmu wrzucono do majtek. Śmiechu było co niemiara, do dziś jednak to, co miało urosnąć - urosło, i walka z wełną na plecach czy łatami na  gębie okazała się bezskuteczna. Poniżej umieszczono zdjęcie pewnego nieostrożnego mężczyzny, który miał do czynienia z nasionami wełnistymi...

Oto zabawny latyfundysta, który popełnił nieostrożność podczas żniw nasion zwełniających

zdjęcie pożyczono stąd

Pani Kapitan z rozbawieniem wspominała niegdyś własnoręcznie przygotowaną krotochwilę, która polegała na tym, iż nasiona kolczaste lekko rozrzuciła z okna pewnej posesji nad zagonem ogórków; nazajutrz dorodne ogórki były kolczaste niczym kaktusy, ale - o zgrozo - okazało się, iż w ogórkach pewien ogrodnik posiadł ogrodniczkę i plecy porośnięte igłami upodobniły owego ogrodnika do jeża. Na szczęście nasiona łysiejące pozwoliły przywrócić gładkość jego plecom, a szczególnie - część poniżej pleców, nie wiadomo czemu przez plebs zwane dupą.

Tak, w nasionach wielka jest moc- wspominała z rozczuleniem i lekkim rumieńcem pani Kapitan, a myśli jej pobiegły ku miłym wspomnieniom....

Mniej szczęścia od ogrodnika miał niestety pewien żuczek, który bynajmniej nie plecami zetknął się z nasionami kolczastymi. Żuczek, jak żuczek - wnioskować należy, że najbardziej poszkodowana była tak czy tak samiczka żuczka.

Poniżej niewymowna część ciała żuczka już po wykiełkowaniu nasionek:

                       ofiara nasion kolczastych

                                               (Zdjęcie pożyczono stąd)

15:04, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 marca 2009

Od wielu dni cisza na morzu skutecznie uniemożliwiała żeglugę. Dla żeglarzy nie ma sytuacji gorszej niż brak wiatru. Dla żeglarza przekleństwem i obelgą są życzenia "pomyślnych wiatrów", wiadomo bowiem, iż dobry żeglarz każdy wiatr może właściwie wykorzystać. Właściwie brzmiące życzenie brzmi "silnych wiatrów". Teraz jednak cisza spowodowała, iż żagle wisiały smętnie, załoga otępiałym wzrokiem zerkała na horyzont w nadziei, iż dostrzeże jakikolwiek znak odmiany pogodowej. Niestety, pokładowi zaklinacze pogody nie potrafili wywołać żadnego ruchu, a szczególnie - żagli.

Po kilku dniach również pani Kapitan wykazała uchwytne zniecierpliwienie. Wezwała więc starszego oficera nawigacyjnego, I oficera oraz wiernego bosmana i zapowiedziała, iż w zaistniałej sytuacji wiatry koniecznie należy sprowokować starym i skutecznym sposobem. Pani Kapitan postanowiła spowodować zmianę pogody dodając kilka szalonych wyładowań atmosferycznych, kóre miały skutecznie odświeżyć powietrze i sprawić, że załoga miała poczuć się rześko. W tym celu pani Kapitan poleciła załodze zejść na kwadrans pod pokład, a sama powędrowała na czubek masztu i na kilka minut znikła w bocianim gnieździe, po czym zeszła. Czujnemu bosmanowi nie umknął lekki rumieniec, którym przyozdobione było panikapitańskie lico.

W wyniku tajemniczych zabiegów po kilku godzinach niebo na horyzoncie wyraźnie zmieniło się. Nadciągał sztorm.

wyraźnie widać nadciągający sztorm, a jeśli nie widać, nzaczy, że już nadszedł

                                                              zdjęciem poczęstowano się stąd

Po kilkunastu kolejnych minutach piękna błyskawica rozświetliła przestrzeń

                                                            zdjęciem poczęstowano się stąd

A potem rozpętał się porządny sztorm. Sztorm był należytą odpowiedzią na życzenia załogi. Szczęśliwie nikt tym razem nie wypadł za burtę. W ciągu kilku godzin fregata pokonała przestrzeń, którą w normalnych warunkach musiałaby pokonywać klka dni. Uchwycona przez malarza fregarta prezentowała się jak poniżej

Fregata kapitana CHanuttiego w trybie ekspresowo-sztormowego tempa

                                                              zdjęciem poczęstowano się stąd

Dla załogi nieodgadnioną zagadką pozostawało, w jaki sposób pani Kapitan potrafiła w magicznie krótkim czasie spowodować taką odmianę pogody. Ta tajemnica jednak, podobnie jak wiele innych związanych z panią Kapitan, pozostała nieodgadniona.

11:37, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2009

Tego dnia - tak dziś właśnie(!) - Kapitan CHanutti obchodziła kolejne młode urodziny. Od wielu już dni załoga potajemnie szykowała  prezenty. Zwyczaj kazał, aby wszyscy przygotowali prezent tego samego rodzaju - tak niegdyś zarządziła sama pani Kapitanm chcąc uniknąć niepotrzebnej rywalizacji i sporów wśród dzielnej załogi. Był więc rok kwiatów, rok owoców, rok własnoręcznie malowanych laurek, rok pereł oceanicznych, a nawet - niegdyś - rok pracowicie lepionych glinianych kubków do kawy. W tym zaś roku - jako, że pani Kapitan miała zamiar poczęstować swych marynarzy olbrzymim tortem wielkości bocianiego gniazda - zażyczyła sobie do owego tortu urodzinowych świeczek.

Ponieważ marynarze przygotowywali świece własnoręcznie - z wielkim pietyzmem i na wzór tego, co akurat wszyscy mieli pod ręką - kształty ich i różnorodność rozmiarów przechodziły najśmielsze oczekiwania. Były więc świece długie i świece krótkie. Świece cienkie i świece grube. Zgrabne i toporne. Zwężające się ku górze i ku dołowi i w środku. Świece pachnące i świece zalatujące wielorybim tranem. Proste lub skręcone, czy zgięte. Ta feeria kształtów, gabarytów i kolorów zadziwiła i z lekka rozbawiła panią Kapitan, a wszystkie świece znalazły swe miejsce bądź to na torcie, bądź na urodzinowym stole.

Dodać należy, że w samym środku uczty, właśnie, gdy rozochoceni marynarze śpiewali swojej ukoCHanej Kapitan "sto lat" za burtą rozległy się nawoływania. Okazało się, że oto specjalną fregatą pocztową nadpłynął podarunek od Tajemniczego Nieznajomego, który tego akurat dnia nie mógł sam zjawić się u boku swej Wybranki. Po rozładunku, na samym środku stołu stanęła - prężąc się dumnie - imponująca wymiarami gromnica, na którą marynarze spozierali z bezsilną zazdrością, pani Kapitan zaś z czułym uśmiechem zamglonych wspomnieniami oczu...

                                A oto świeca od sternika (ach, biedak - niestety)

                        świeca od sternika 

                                                                   Zdjęcie świecy pochodzi stąd

11:45, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 marca 2009

Pani Kapitan miała swoje ulubione obrazy, niektóre z nich przyozdabiały kapitańską kajutę. Szczególnie jeden z nich zajmował szczególnie uprzywilejowane miejsce. Obraz przedsatwia otóż scenę, jaka wydarzyła się w rzeczywistośi i sama pani Kapitan była jej mimowolnym i świadkiem, i bohaterem. 

Zasadniczo więc obraz przedstawia sztorm. Dramat sceny dotyczy rozbitków, którzy w szalupie ratunkowej dotarli do lądu. Szalupa roztrzaskała się na skalistym wybrzeżu. Uratowało się ledwie 16 osób, jedna z uwidocznionych osób - kobieta - niesiona przez współtowarzyszy, przeżyła, choć długo chorowała po tym wydarzeniu. Była ona żoną autora obrazu. Trzy osoby na skale, które pokazują sobie kapitan Chanutti, wyraźnie są wzburzone: na mocno przechylonej fregacie pozostała bowiem właśnie ona wraz z wiernym bosmanem. Uratowali oni swój żaglowiec. Od tej pory właśnie wszystkie szanujące się tawerny na starym i nowym kontynencie serwują Kapitan CHanutti darmowe trunki w każdych żądanych ilościach.

Obraz został namalowany w trybie awaryjnym przez Claude-Joseph Vernet`a, który akurat wraz ze świeżo poślubioną małżonką odbywali podróż morską. To właśnie wydarzenie stało się początkiem marynistycznej kariery Claude`a.  Od tego czasu wiele z jego obrazów, przesłanych w podarunku dla Kapitan CHanutti, zawisło w jej kajucie :

           

19:22, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2009

W sytuacji, gdyby okazało się, że w żaden sposób nie można uniknąć tygrysa - tłumaczył bosman młodszym majtkom przy porcji cotygodniowego budyniu o mocno rumowym smaku - należy odwrócić się do niego odpowiednią stroną i okazać to, co ma się najważniejszego, najgroźniejszego lub największego. Onegdaj, gdy maszerowaliśmy przez dżunglę - wspominał bosman - zaatakowało naszą ekspedycję stado krwiożerczych tygrysów. Uciekaliśmy wszyscy. Niestety, tygrysy dopadały naszych jednego po drugim i rozszarpywały nieszczęśników mlaskając i oblizując się złowieszczo. Uciekająca gromada była coraz mniej liczna, aż zrozumiałem, że uciekam sam, samiutki jedynie ze starszym bosmanem.  Za mną galopowały jeszcze najmniej 2 tuziny pasiastych futrzanych  bestii. W pewnym momencie starszy bosman zatrzymał się, zza pazuchy wyrwał niewielki przedmiot, który po kilkukrotnym wstrząśnięciu okazał się całkiem dużym workiem. Bosman wskoczył do worka i zaciągnął zamek błyskawiczny. Kątem oka dostrzegłem, iż na worku był spory napis "worek przeciw tygrysom i lwom". Tygrysy zatrzymały się obok obworkowanego bosmana, przeczytały ów napis i nie tknąwszy go poleciały za mną. Bosman tłumionym głosem ryczał za mną słowa, z których zrozumiałem, że mam wystraszyć tygrysy tym, co mam największego lub najgroźniejszego.
Wierzcie mi - kontynuował rozentuzjazmowany własnymi słowami bosman-gawędziarz - iż miałem czym przestraszyć te bestie, ale w tych warunkach nie bardzo byłem pewien, czy widok tego, co mam najpotężniejszego i najgroźniejszego wzbudziłby należyty strach u tych wielkich paskudnych kocurów. Odważyłem się jednak. Ostatnimi siłami wydobyłem to, w czym pokładałem ufność, i pokazałem tygrysom.

Zapadła niczym niezmącona cisza.
I co, panie bosman???? Co było dalej??? - rozległy się po chwili szepty przepełnione grozą i ciekawością.

Bosman uśmiechnął się do wspomnień. Chwilę pomilczał, pokiwał głową.

Tak tak -  zakończył opowieść.
Po czym  dodał z uśmiechem błąkającym się na ogorzałej twarzy: - szczególnie jedna z tych krwiożerczych bestii, wielka i groźna tygrysica, okazała się całkiem miła. Taaaak, miła była z niej kocica - dodał zadumany.

A co Ty pokazałbyś stadu tygrysów - wskazał palcem na najbliższego, szczególnie chuderlakowatego i bladego, niczym krętek, majtka - aby zdobyć ich uznanie i wzbudzić należyty strach?
- Panie bosmanie, pokazałbym mój wielki tatuaż. Z pewnością tygrysy przestraszyłyby się i zwiały - zarechotał przemądrzale.
Na wyraźne żądanie bosmana majtek zademonstrował swój tatuaż. Zaiste - imponujący....

Groźny tatuaż byczkowatego majtka

zdjęcie pożyczono stąd

15:54, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »