RSS
piątek, 30 stycznia 2009

Bosmanowi przyśnił się piękny sen. Bosman był twardym facetem, nie bał się nikogo i niczego. Kobiety lekkich, a i cięższych obyczajów, przepadały za nim. Uwielbiały go tuzinami. Nie musiał nigdy płacić. Był to porządny bosman przez duże B. Marynarze drżeli przed jego zmarszczonymi krzaczastymi brwiami, a pomruk niezadowolenia, niekiedy tubalnie dobywający się z głębi jego zmierzwionej brody, luzował zwieracze co młodszych majtków. Bosman pływał pod żaglami od 12 roku życia i fregata nie miała przed nim żadnych tajemnic. Bosman bał się jednej rzeczy: ciszy na morzu. Bezwietrza. Bosman bał się jednego zjawiska: chłodu pani Kapitan. NIc więc dziwnego,  że twardo robił swoje, ale zerkał dyskretnie, czy jego poczynania znajdują błysk zrozumienia i akceptacji w jej oczach. Zresztą z panią Kapitan rozumiał się bez słów. Był przekonany, absolutnie i całkowicie, że jego twardość, okrucieństwo i wszystko, co potrafi, zawsze zostanie przewyższone twardością, okrucieństwem i doświadczeniem pani Kapitan.

                                                                                         (źródło fotografii tutaj)

Ten właśnie bosman na chwilę zdrzemnął się pod pokładem Sny miał piękne - przez chwilę żeglować na takiej oto łajbie, wraz z pięknymi rybaczkami z Darłówka ...

20:31, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 stycznia 2009

Fregata szła pod wszystkimi żaglami. Północny wicher ponuro wył w olinowaniu, żagle trzeszczały. Trzeszczały spodnie marynarzy. Zwłaszcza, że robiło się coraz widniej i sylwetka pani Kapitan coraz wyraźniej odcinała się na tle zielonozłocistoniebieskopomarańczowawego nieba. Z akcentami purpury nieba, dodać należy uczciwie. I różu - ale tego - to  już całkiem niewiele.

                                         Takie było niebo:

                    sunset at sea

                                    (zdjęcie pożyczono stąd)

Kapitan odwróciła się do załogi, to popuszczającej, to naprężającej liny. Naprężone było wszystko - maszty, liny, żagle i spodnie dzielnych wilków morskich, co uznać należy za objaw normalny. Ba, objaw tężyzny i zdrowia. Jedynie sternik odstawał smętnie, ale ktoś, kto zasłużył na niełaskę ukoCHanej pani Kapitan nie wszystko mógł mieć prężące się regulaminowo. Z tyłu zaś wiatr zimny i ponury....

Słuchaj, cna załogo - zaczęła pani Kapitan. Skoro dopłyniemy przed zmierzchem do Wysp Nadziei obiecuję, że zawiniemy do portu i będziecie mogli pofolgować swym naprężeniom. A nawet dogodzić sobie po wielokroć poniekąd. Co więcej- dodała figlarnie - nie wykluczam, że każdy dostanie ode mnie półkwartę rumu. Każdy - dodała tocząc błyskiem oka po uśmiechających się zwolna, zarastających zbójecko gębach. - Oprócz ciebie - wycedziła utkwiwszy wzrok w sterniku, któremu bynajmniej nie tylko fajka, trzymana w zmarszonej twarzy, opadła na długie tygodnie.

                     A takie nadzieje wiązali dzielni żeglarze z Wyspami Nadziei:

                    

                                    T.F. Simon, Girls at Sea

Co powiedziawszy - otuliła się płaszczem swej samotnej wyniosłości i z dziobu śledziła z uwagą wciąż odległy Horyzont. Nie zwróciła uwagi, kiedy część marynarzy rozpostarła swe obszerne marynarskie bluzy, zwiększając powierzchnię nośną żagli o kilkadziesiąt stóp kwadratowych. Fregata, pędząca 20 węzłami zwiększyła prędkość gwałtownie: przyspieszenie wcisnęło, a niektórym wycisnęło to, co przy sporych przyspieszeniach wciska - lub wyciska - zależnie od pozycji względem wektora sił.                                              

                     

                                       

                      

15:12, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 stycznia 2009

Kapitan obudziła się i natychmiast wiedziała, że coś jest nie tak. Oczywiście - sternik zawiódł. Cicho udała się na pokład, gdzie przy sterze drzemał ów sternik, który odebrał rozkazy, potwierdził ich zrozumienie i  w końcu nie wykonał żadnego. Okręt dryfował nadal pod zielonozłocistym, ciemnym niebem, ster kiwał się i obracał wiedziony nieodgadnionymi prądami smolistoczarnego morza. Załoga spała, zaś z bocianiego gniazda dobywało się wyraźnie słyszalne chrapanie obserwatora.

Zgrabną nóżką zadany kopniak przerwał słodkie sny sternika.

-Psie nędzny - zasyczała jadowicie i groźnie pani kapitan. -Jak, ścierwo, sterujesz - dodała czule, a czułość ta niczego dobrego nie zapowiadała. Ubiję cię sama, o ile nie zrobi tego bosman przede mną - dodała krotochwilnie i błysnęła powabnie okiem. Z oka biła groza i nieme niebezpieczeństwo. Sternik struchlał. Odrętwiały niewygodną pozycją drzemki, chłodem nocy i nieoczekiwanym przebudzeniem nie wiedział, co odrzec i jak się zachować.

- O przebaczenie błagam i natychmiast poprawę obiecuję - szeptał struchlały zbielałymi usty sternik-niecnota.

- Na maszt włazić, obserwatora za burtę wyrzucić i Wysp Samotności wypatrywać. Meldować za 2 pacierze, mój sterniku - szybko zakomenderowała kapitan. Czekam.

Plusk wody oznajmił, iż obserwator opuścił okręt. Po chwili zdyszany sternik meldował, iż Wysp Samotności nie widać na horyzoncie.

- Po niemrawej jutrzni na północnym wschodzie wnosić należy, iż około trzeciej nad ranem było jakiś  kwadrans temu. A zatem, sterniku, przespaliście jakieś półtora godziny. Da się to nadrobić, choć z trudem. Winy wasze poprzez śmierdzące i nikczemne zaniechanie obowiązków podstawowych zmazać jeno poprzez należytą służbę możecie. Budzić mi tedy pierwszą wachtę i żagle stawiać, a szybko, wszystkie sztaksle, spinaker, kliwry i sztafoki i foksztaksle. Od Wysp samotności nie dalej niż 20 mil się znajdujemy, a nad ranem w ich okolicach ponure i silne północne. Tymi wiatrami oddalimy się i południowy kurs przyjmiemy.

- Pani kapitan, czy grot i bezany stawiamy także? - zapytał sternik z nadzieją, że pytaniem zatrze złe wrażenie, które, co zrozumiałe, ciężką pracą musi odrobić.

Kapitan głęboko wejrzała w duszę sternika. - Ruszcie się wreszcie, mój sterniku, ruch wam dobrze zrobi, a może i dogodzi nawet - zacząła Pani kapitan. Gębę macie bladą na podobieństwo dupy anioła, a rumiana i zdrowa ma być. Przaśna i czerstwa. Nie zaś cherlawa, jak u jakiegoś prezesa czy maklera w szelki ubranego, tfu, czerwonej barwy. Przewinę waszą, spania niegodziwego, dobrym uczynkiem zetrzeć jeno możecie, a może i okazja będzie ku temu - dorzuciła. Kuk śniadanie gotować ma wcześniej, mi filiżankę herbaty z mlekiem i precelka ma przynieść, dla was zasię jeno pemikan bawoli karnie dysponuję przez 6 niedziel. Za 5 pacierzy fregata pod żaglami kursem 260 stopni iść ma z nie mniejszą niż 6 węzłów prędkością. O wykonaniu powiadomić mnie przez bosmana. -Wykonać - warknęła niezachęcająco i - strzepnąszy niewidzialny dla noramlnego człowieka pyłek - zeszła do swej kabiny rozmyślać dalej. 

                                      Zaspany i blady sternik:

             

                                       (zdjęcie pożyczono stąd)

                            

                                 

11:14, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 stycznia 2009

Źle się stało, albowiem kapitan CHanutti nie przebudziła się w porę, a i sternik swoich zaniedbał obowiązków i zobaczywszy zielonozłociste na niebie iluminacje, kursu - jak mu nakazano - nie zmienił. Stało się więc źle, jako się rzekło, bo okręt popłynął daleko w stronę owych raf niebezpiecznych oraz Wysp Wielkiej Samotności, a powrót okazał się trudny. Nie było bowiem tak, jak to uważała załoga, że pani Kapitan trafia gdzie chce ot tak - bo umie. Nie, miała ona swój kompas, którym, i tylko którym się kierowała. A był nim Tajemniczy Nieznajomy. Gdy go zabrakło, gdy kapitan zamknęła się w samotności swej kajuty, okręt płynął gdzie chciał i zmienić się tego nie udawało.

Zrobiła więc kapitan CHanutti to, co zrobić mogła - myślą swoją, jak to w poprzednim opisano odcinku, przeniosła się do Tajemniczego Nieznajomego. Zaledwie słabym wyświetliła mu się cieniem na ścianie, tak bowiem wymęczona była długimi rozważaniami i bólem, którego zaznała. Dodać należy, że cień słaby wprawdzie był, ale nagi - w końcu napisano wszak, że nade wszystko była kapitan CHanutti kobietą. Jemu to więc, Tajemniczemu Nieznajomemu, oddajmy w ręce rozwiązanie trudnej sytuacji, w jakiej znalazł się okręt wraz ze swym kapitanem i dzielną załogą...

                        

                                                                   (zdjęcie pożyczono stąd)

08:09, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 stycznia 2009

Kiedy nadchodziła noc, na statku uciszało się wszystko. Natomiast coraz głośniejsze wydawały się dźwięki, które w ciągu dnia stanowiły tło: szum fal, świst wiatru w olinowaniu okrętu, poskrzypywanie masztów, jęki załogi śpiącej niespokojnie pod pokładem, mruczenia i mlaskania marynarzy, które nie wiedzieć jakimi myślami były wywoływane.

Po morzu czarnym jak najczarniejszy adamaszek kapitan CHanutti szczególnie odczuwała swoją samotność i odległość przyjaznych lądów. Szczególnie ciężko było w takich chwilach myśleć o osobach bliskich, na spotkanie z którymi miała ochotę tym bardziej, im bardziej czuła się samotnie.

Korzystała więc najczęściej z najszybszej drogi dotarcia do osób sobie bliskich - mianowicie przenosiła się do nich myślami. Realizm pobytu w pobliżu osób, których szczególną otaczała atencją, był wielki: wystarczy dodać, że razu pewnego, przeniósłwszy się w pobliże pewnej osoby, której dane osobopoznawcze zachowamy w dyskretnym cieniu, popełniła lekką niezgrabną niostrożność i o mały figiel nie strąciła na podłogę szklanki pełnej smakowitej herbaty z cytrytną, która stała akurat obok w pomieszczeniu, w którym myślami akurat przebywała; innym razem myślami będąc odległą o kilkaset mil. o mało nie wpadła na drzewo spacerując z pewnym obywatelem, dodajymy- całkiem miłym jej obywatelem;l  innym znów razem, na podobnym telepobycie będąc, oblała się nieostrożnie rumem wznosząc wybitnie długi i namiętny toast. Najdziwniejsze w tym ostatnim przypadku było to, iż kapitański kaftanik długo pachniał wybornym rumem z wytwórni rumów wszelakich.

Tym razem znów kapitana naszły ponure myśli.

- A może, rozważała kapitan, z tymi listami i sernikiem nie jest tak, jak zdawało mi się wczoraj, że jest, ale jest inaczej? A może to jest tak, że otóż listy , co do których podejrzenia, podstawy których niegodną drogą zdobyte,   otóż właśnie oryginały w skrzyni kapitana,  kopie zaś w innym kierunku słane były? Może nie jest tak, jak przysadka podpowiada, paroksyzmem podejrzeń zniewolona, ale odwrotnie jest właśnie? Może pierścień w skrzyni złoty jest, a nie tombakowy, jak złe myśli podszeptują....

Sterniku - zdecydowanie przywołała kapitan CHanuttistarszego strnika do siebie.

- Wasza dostojna miłość, do usług, słucham - twardym głosem przymilił się wezwany oficer.

- Słuchajcie, sterniku uważnie. Z własnego doświadczenia czuję, że nieprzychylne nam prądy kierują nasz piękny i dostojny okręt w niewłaściwą stronę. Wasze, mój sterniku, pomiary gwiazd i zdejmowanie namiarów potwierdzają jedynie, że droga nie według gwiazd ma się odbywać, te bowiem mogą nas skierować na rafy i okaleczyć naszą jednostkę, a nawet spowodować katastrofę, czego nikt tu sobie nie życzy, gdyż życie dla wielu skończyłoby się gwałtownie i tragicznie. Wasze zatem zliczanie kursu prawidłowe zapewne jest, lecz nieprawdziwe. Ja wiem bowiem, że płyniemy zbytnio na północ, a tam, jak wiadomo, jedynie Wyspy Samotności, góry lodowe, smutne wiewiórki i kilku sfrustrowanych funkcjonariuszy straży granicznej.

-Nakazuję prrzeto Wam, mój wilku morski, przyjąć poprawkę kursu i odbić 6 rumbów na południe, a po wschodzie słońca zmniejszyć o 3 rumby. Jasne?

- Pani kapitan kazała, tak się stanie - odrzekł sternik. - Czy mogę wrócić do swych obowiązków? - zapytał odmeldowując się nieregulaminowo.

- Owszem, proszę obudzić mnie za jakieś 3 godziny, kiedy na kursie pojawią się zielonozłociste iluminacje na niebie. Spokojnej służby, sterniku. I kapitan CHanutti udała się na spoczynek.

11:37, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 stycznia 2009

O Tajemniczym Nieznajomym pani Kapitan, załoga wiedziała niewiele. Ci, którzy się czegoś domyślali, nie śmieli o tym mówić, inni nawet domyślać się nie mieli śmiałości. Wiadomo było tylko, że raz na jakiś czas, to w tym, to w owym porcie, Kapitan CHanutti schodziła z pokładu i znikała na dni kilka. Wracała z lekko potarganą fryzurą, a Ci szczęśliwcy, których wówczas obdarzyła nieuważnym spojrzeniem, w prawym jej oku zauważali błysk gorącej miłości, w lewym zaś - niezmierzonej tęsknoty. Co jednak działo się w sercu pani Kapitan, nie wiedział nikt, albowiem były to tajemnice niezgłębione i niezbadane - iście oceaniczne.

                                                 * * *

Owego nieszczęsnego poranka, o którym dziś chcemy napisać, Kapitan rozesłała dzielną swą załogę do prac i obowiązków każdemu przynależnych, sama zaś, zamknąwszy się w swej kajucie, otworzyła skrzynkę, do której klucz dał jej Tajemniczy Nieznajomy podczas rozmowy w zakazanej tawernie. Skrzynka ta zawierała skarb wielki - jej i jego listy na przestrzeni lat pisane. Ich to lekturą chciała Kapitan uspokoić rozległe morze tęsknoty trapiącej kapitańskie serce. Przeglądała listy z czułą uwagą, kiedy nagle brwi czarne zmarszczyła w zdumieniu i zaskoczeniu bolesnym. Oto - list jego wielką pisany łapą - do innej. Oto - listy dwa obcą, a wyraźnie kobiecą skreślone dłonią. On pisał o stopach tamtej morską obmytych falą, ona zasię listownie karmiła go sernikiem i listów wspólnych wyliczała ni mniej ni wiecej, a dwieście pięćdziesiąt...

Kapitan CHanutti dzielnym i nieustraszonym była żeglarzem. W życiu swoim wiele przeżyła burz, sztormów i trąb morskich, jakich oko zwykłego śmiertelnika nigdy nie widziało. Ale nade wszystko była - kobietą. Nie dziwota więc, że zalała ją słona fala żalu, gorzki bałwan bólu i piekąca piana złości. Oto ona obdarzyła go miłością wielką, jedyną i ufną, oddając mu siebie całą i duszą i ciałem, każdą myślą i każdą CHwilą, a w ciągu długich lat, wszystkich śmiałków, usiłujących zdobyć jej względy, zgrabnym, acz zdecydowanym ruchem kapitańskiej stopy strącała w otchłań oceanu. Oto ona, niezłomna i nieugięta na codzień, przy nim miękła jak wosk i w jego omdlewała ramionach. Oto wierzyła, że listy jego, słowa jego, myśli jego w czas długiej rozłąki dla niej i tylko dla niej są przeznaczone. On zaś...

Sztorm szalał w duszy pani Kapitan i wichry targały jej sercem. Byłżeby on nie ukoCHanym i wiernym jednorożcem o srebrnym głosie, ale kocurem białą kawą i sernikiem tuczonym na podołku innej? Tu Kapitan prychnęła lekko a wzgardliwie - ona wszak chcąc ukoCHanego nakarmić z oddali, ruchem lekkim a silnym miotała naleśnikiem, który w sekundzie jednej osiągał odległe brzegi.

Dopiero z zapadnięciem nocy opuściła Kapitan CHanutti swą kajutę i stanęła na pokładzie pod smutnym fioletowym księżycem.  Oniemiałą w poczuciu wielkiej grozy załogę wezwała na wieczorną odprawę głosem spokojnym i dźwięcznym, z lekka tylko drżącym.  Konstelacje Veli i Oriona w wielki układały się znak zapytania. Gdzie ma płynąć nie wiedziała. Ale oto okręt sam kierował się w stronę nieodkrytych jeszcze Wysp Wielkiej Samotności... 

                        

                                  Howard Pyle, Book of Pirates, Pirate Romance

09:38, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 stycznia 2009

W portowej knajpie opadal portu zgromadzili się wszyscy, którzy być powinni: żeglarze, majtkowie, sternicy, a w pobliżu okna w towarzystwie swego I oficera siedziała kapitan CHanutti słuchając z godnym zainteresowaniem opowieści tajemniczego rozmówcy.

- Ta wasza pani kapitan wygląda na jakby niestworzoną do bycia kapitanem - dobiegło z drugiego końca sali zaczepne i - nie ukrywajmy - oślizgłe w wymowie - przemyślenie jednookiego i zarośniętego brodą wielkiego winożłopa.

- Tak właśnie, zawtórował mu niegodnym sznaps-altem siedzący opodal fagas.  - Wygląda, jakby była babą, a babą jest z pewnością. I z pewnością, do stu tysięcy beczek zgniłej kapusty, przy tym posikuje ze strachu kiedy morze pociemnieje. A pewnie wtedy tuli do siebie lalkę i pochlipuje popijaąc mleczko  - dorzucił kończąc wypowiedź obrzydliwym CHeCHłającym rechotem, który w swym końcowym brzmieniu przeszedł w dychawiczny, ciężki kaszel. Gwoli ścisłości dodać należy, iż był to kaszel półmokry w górnym C septymowym wyraźnie zmniejszonym i z pewnością nieco dysharmonicznym.

Sala ucichła i ostatnie krzywe nuty kaszlowego koncertu brzmiały w brzęczącej i głębokiej aksamitnej ciszy. Zza stołu, przy którym siedziała załoga żaglowca kapitana CHanuttiego dobiegająca cisza nie wróżyła nic dobrego. Powoli powstał największy i najbardziej ogorzały bosman. Zerknął w kierunku pani kapitan z prośbą o zezwolenie, a lekkie przymknięcie powiek pani kapitan, trwające o ułamek dłużej, niż powinno, wyraźnym było znakiem, że bosman może, acz nie do końca i nie wszystko. Bosman więc poprawił za pasem swój fiński nóż i karczmę  wypełniły takie oto słowa:

- Owóż wy wszyscy, którzy wątpicie w to, że pani kapitan jest najlepszym żeglarzem spośród nas tu obecnych, a mówię to ja, bosma Trunkorum, rzeknę, że w błędzie grzesznym tkwicie. A ktokolwiek podda w wątpliwość Jej dzielność, temu wyrwę wszystko, co jest do wyrwania i każę mu to zeżreć bez soli. Co może być uciążliwe choćby ze względu na smród waszych wystających elementów nadających się do wyrwania dobiegający do mych nozdrzy - dodał parabolicznie i uśmiechając się do swych myśli.

- Nasza pani kapitan babą nie jest i nigdy nie była. Owszem - jest damą, która w trakcie największego sztormu dowodzi z taką niezłomnością że wy, szubrawcy, śnić nawet o tym nie możecie. W czasie sztormu nasza pani kapitan nie śpi, sztormy bowiem lubi i czynnie w nich uczestniczy, a z każdym sztormem oczy jej stają się coraz bardziej chciwe następnego sztormu. Więc jeśli wy, nędzne szczury, śmiecie zarzucać jej picie mleczka, wiedzcie, ścierwa, że nasza pani kapitan, jak na damę przystało, pija wyłącznie zimny spirytus. Bosman skończył. Ciszę przerywał trzask płonących głowni w kominku i szelest sukni pani kapitan, która wdzięcznie i lekko skłoniła głowę wszystkim obecnym. 

Wszscy obecni powstali w jednej chwili.

- Karczmarzu - dobiegł dźwięczny głos pani kapitan - nalejcie każdemu kolejkę tego, co uznacie za odpowiednie nalać, na mój koszt. I powróciła do rozmowy ze swoim tajemniczym rozmówcą, nie zwracając więcej uwagi na obecnych. Po sali rozszedł się pomruk zadowolenia.

                  David Teniers, Tavern Scene

                                      David Teniers, Tavern Scene

                   

 

13:56, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 stycznia 2009
Bosman wyraźnie przesadził. Bezwarunkowo przesadził.
Niechybnie po trzecim sztormie i odpoczynku w cichej zatoczce zbliży się sztorm czwarty, niekoniecznie ostatni tej nocy
kapitan CHanutti na wzburzonych wodach literackich - wymiana uwag o nawigacji i gwiazdach