RSS
piątek, 24 lipca 2009

Na fregacie było bardzo gorąco. Słońce świeciło dokładnie z samej góry, cień zredukowany był do punktu, na którym znajdował się przedmiot cienionośny. W takim upale nie chciało się oczywiście nic robić. Marynarze leżeli pod pokładem co chwila wychodząc na pokład by natychmiast wracać z powrotem z wrażeniem podpokładowego chłodu. Najlepiej działo się poniżej linii wody, gdzie chłodniej, ale i wilgotniej i duszniej. Ta nieciekawa sytuacja pogłębiała frustrację wywołaną ciszą. Wszystkim chciało się pić, ale lekko stęchła ciepła woda nie zaspokajała pragnienia. W tej sytuacji nieprawdopodobne wydawało się wezwanie na pokład przez II oficera całej załogi w celu - jak usłyszeli wszyscy nie wierząc - wydania każdemu na głowę po antałku zimnego piwa. Przeczuwano podstęp. A jednak okazało się, że nie podstęp to żaden, bynajmniej. Piwo czekało w spotniałych, zimnych beczułkach, złożonych w sporych rozmiarów skrzyniach.

- Jednak - przemówiła donośnym głosem Pani Kapitan - nim ktokolwiek ośmieli się piwo wypić, musi dać ostrzyc się do regulaminem przewidzianych parametrów. Zbójeckie brody przyciąć, łby podgolić i umyć. O wszystko zadbają fryzjerzy. Piwo będą podawały młode kelnerki, więc wymyć się i nie śmierdzieć ohydnie - zagrzmiała Pani Kapitan.

Po chwili wielkie szorowanie i postrzyżyny wypłniły nadoceaniczną przestrzeń. Warto było. Piwo serwowały bawarskie Maedchen z wprawą i gibkością typową tamtejszym młodym niewiastom.

                       

                                                                   zdjęcie pobrano z tego kufla

Marynarze zachodzili w głowy, jak taki piwny i fryzjerski cud zdarzyć mógł się na oceanie w okolicy równika. Rąbek tajemnicy uchylił kuk: okazało się, że opodal przepływał statek fryzjerski, wyposażony w klimatyzowane sale, czyste prześcieradła, wygodne fotele i drinki z palemką, a także doborowych francuskich fryzjerów i pucołkowate bawarskie dziewczęta skłonne rozlewać, a szcególnie  podawać wszystko, na co marynarze mogą mieć ochotę. 

Pozostało tajemnicą, skąd Kapitan CHanutti zdobyła tak wielką ilość piwa, piwa chłodnego i w dodatku w niewielkich i ślicznych beczułkach

08:34, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lipca 2009

Na oceanie była cisza. Żadnej fali. Żadnego powiewu. Nic. Cisza źle wpływa na marynarzy, zaczyna dręczyć wszystkich jakiś niepokój, niewiadomo skąd się biorący. Cisza powodowała, że żagle, zazwyczaj wybrzuszone, wisiały smętnie.Fregata  dryfowała. Załoga zabijała czas grami w piłkę-szmaciankę, którą kulano na pokładzie po obowiązkowych zająciach organizowanych przez bosmana.
   Wstrząsy, jakie przeszyły fregatę wywołały zadziwienie, a następnie głębokie zaniepokojenie. Fregata popadła w rytmicze przechyły wzdłuż osi okrętu i trwały one nie krócej niż 3 pacierze. Po pewnym, a niedługim czasie fregata zaczęła się rytmicznie i bardzo niepokojąco kołysać w poprzek. Do wieczora takich cykli wstrząsów było jeszcze kilka. Zaniepokojona załoga wyglądała na zewnątrz usiłując dostrzec morskiego potwora, który - jak dość powszechnie uważano - usiłował zatopić fregatę i pożreć załogę. Obdarzeni co większą fantazją marynarze roztaczali katastroficzne wizje łamanych masztów, dziurawionych burt, rozbijanego dziobu i - co oczywiste - upiornej i bolesnej śmierci w szczękach ogromnych węży morskich.


   Noc upłynęła na oczekiwaniu na kolejne serie wstrząsów i drżeń fregaty, tych jednak doliczono się czterech. Gwoli ścisłości dodać trzeba, że każdemu z owych nocnych czterech cykli wstrząsów towarzyszyły nieludzkie jęki, donośne pochrapywania i dobywające się nie wiadomo skąd westchnienia, nie ludzkiego pochodzenia z pewnością. Nazajutrz wstrząsy trwały już od rana i nerwowość z towarzyszącą irytacją załogi osiągnęła szczyt, gdy kuk oznajmił, iż cotygodniowa porcja rumowego budyniu właśnie wychlustała z kociołka na podłogę, co stało się w wyniku nadmiernego poprzecznego uchyłu fregaty.
   Należy zaznaczyć, iż Kapitan CHanutti spała tej nocy doskonale, czym różniła się od reszty nerwowo drzemiącej załogi. Z każdą zaś serią wstrząsów uśmiechała się tajemniczo przez sen, a dyskretny rumieniec przyozdabiał jej piękne i łagodne oblicze. Nic więc dziwnego, iż kiedy zdenerwowany I owu składał poranny raport, Pani Kapitan była pogodna, odprężona i uśmiechnięta. To zaś mocno zdenerwowało I owu i zaproponował, aby sprawę dokładnie zbadać, gdyż losu fregaty nie jest zbyt pewien, a nawet - jak podejrzewał - jest on poniekąd zagrożony.


- Ależ oficyjerze - rzekła kapitan - zawezwijcie mi tu bosmana celem wyjaśnienia kilku kwestii związanych z tajemniczymi wstrząsami. Sądzę, że on wyjaśni najlepiej o co chodzi. W końcu on ma wiedzieć wszsytko, nawet to, co dzieje się w każdej mysiej dziurze, a przecież wstrząsy nie dochodzą z żadnej dziury, bynajmniej nie mysiej.
   Wezwany bosman nie miał tęgiej, jak zazwyczaj, miny. Do służbowej kajuty wszedł lekko zgarbiony, jakby przyszarzały, przywiędnięty, bez swej charakterystycznej wzwiedzionej postawy. Wyglądał na nieszczęśliwego.


- Mój bosmanie - zaczęła Pani Kapitan - powiedzcie nam tu, jak długo będą te wstrząsy trwały? Kiedy się skończą? Hę? Załoga jest bardzo nerwowa, a źródło wstrząsów nieznane. Może, bosmanie, odkryjecie jakąś tajemnicę, o której zebrani nie wiedzą, hę? - zakończyła zgrabnie Pani Kapitan i lekko zmrużyła oko dając  bosmanowi do zrozumienia, że wie dokładnie o wszystkim, i tajemnica bosmana został przez Panią Kapitan odkryta. Wiadomo więc było, że nie ma żadnego sensu kręcić czy wypierać się, tego bowiem Kapitan CHanutti nie tolerowała i nieszczerość tępiła w sposób straszliwy. Bosman odchrząknął nieśmiało i przemówił:
   - Owóż, Pani Kapitan, z okazji imienin postanowiłem moim córeczkom, a mam ich kilkanaście, bodaj około dwudziestu, zakupić prezent. Problem polegał na tym, że zarówno córeczki, jak i ich mamy domagały się prezentu imieninowego, który będzie duży. Nie bardzo wiedziałem, jak duży ma to być prezent, postanowilem więc kupić coś, co jest największe. Szczęśliwy traf spowodował, że w ostatnim porcie okazyjnie kupiłem dwa hipopotamy, parkę, którą  w niezauważony sposób ukryłem w 3. ładowni. Hipcie były nieco ospałe i z zachowania anemiczne, a już na pewno nieskore do zabaw. Rzekłbym - aseksualne, używając pewnego fachowego zwrotu.
   Tu bosman zmieszał się nieco, gdyż nie bardzo wiedział, co to słowo w ogóle oznacza, wydawało mu się jednak jakieś obce i odpychające. Słowo, które w ogóle nie powinno istnieć, jego więc wypowiedzenie było dla bosmana ciężkim doświadczeniem. Bosman stał nieszczęśliwy i widać było, że cierpi wskutek niezrozumienia zachowania się hipopotamów. Do niedawna spokojnych, a od niedawna niespokojnych.
   Pani Kapitan uśmiechnąszy się szeroko postanowiła bosmanowi pomóc i  takimi  oto odezwała się słowy:
- Szanowni oficerowie - pragnę wam powiedzieć, iż o obecności hipopotamków wiedziałam od pewnego czasu, spotkałam je w trakcie nocnego obchodu fregaty. To zaś, że żaden z panów nie sprawdza stanu jednostki i ładowni nie przysparza chwały żadnemu z was. Zatem - jak wspomniałam - oba zwierzaki wydawały się smutne, znudzone i cierpiące. Podobnie, jak załoga. Postanowiłam więc dla kaprysu je rozruszać. Do tego celu wystarczyła kropelka perfum, których flakonik miałam w kajucie, a których kropelka, dyskretnie kapnięta za hipopotamim uchem hipopotamki, najwidoczniej ożywiła towarzyszącego jej hipopotamka. Tak więc, jak sądzę, wstrząsy, jakimi od ponad doby wstrząsana jest fregata, nie zwiastują nam zagłady, ale raczej są przejawem hipopotamiastej fantazji, kondycji, dobrej zabawy, świadectwem doskonałej jakości perfum. A także - być może - zwiastunem tego, iż w niedługim czasie wasze, bosmanie, córeczko-syreniątka będą cieszyły się małymi hipciami.

   Tu Pani Kapitan zakończyła i otuliwszy się płaszczem uśmiechniętego milczenia przyglądała się bosmanowi, który jakby urósł, spęczniał i zrobił się wielki. Owszem, co prawdą było poniekąd, szczególnie, kiedy spojrzało się na bosmana , szczególnie punktowo. Bosman opuścił kajutę w dobrym nastroju, po raz kolejny zakochnany głęboko w Pani Kapitan.        

                                                           

          

             (zdjęcie pochodzi stąd)

09:50, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 czerwca 2009

Zwyczajem stało się od pewnego czasu limerykowanie. Konkurs limeryków odbywał się nieregularnie i zawsze wtedy, kiedy fregata przecinała 178 południk. Tak właśnie stało się i załoga odpowiednio wcześniej uprzedzona przystąpiła do radosnej twórczości. Kapitańskim zarządzeniem podano temat naczelny limeryków: SYRENY.

Na tę okazję czekali wszyscy. Na znak dany przez Panią Kapitan przedstawić swe syrenie limeryki mieli wszyscy chętni, którzy - zachęceni odpowiednią nagrodą - zebrali się licznie na pokładzie. No i się zaczęło deklamowanie, przerywane westchnieniami.

Brodaty bosman cud syrenie

Zapragnął zmienić przeznaczenie

I na dobry początek

Spłodził pięć syreniątek

Z czego był dumny wprost szalenie.

Pewna syrena kształtna w stanie najwyższej podniety

W ekstazie powykonawczej szepnęła: stało się, niestety

Bosman zaś dumny niesłychanie

Kolejne 3 syreny zbosmanił na śniadanie

O czym namiętnie rozpisywały się miejscowe gazety.

Pewnej starej syrenie z mariańskiego rowu

Na szalupie dogłębnie dogodził z okrętu raz owu

Szczęśliwie ciemności

Przykryły nagości

Syrena zaś czeka na replay więc znowu

Raz Wielka Syrena z krainy gigantów

Obserwowała na brzegu  ćwiczenia trabantów

Jąż zobaczywszy zakrzyknęłi

Iże takiej baby nie widzieli

Syrena więc posmutniała, dotknięta uwagą palantów

Pewna namiętna syrena z Krakowa

Przed, w trakcie i po zawsze głowę chowa

Majtkowie się zmówiwszy

POrządnie jąż zgmociwszy

Zapewniali, że namiętność to, nie zmowa 

Syrenę z wioski Wyrąb Karwacki

raz na łopatki rzucił Kubacki.

Zdarł z niej dżudogę

i w mig dał nogę,

gdy - zamiast półkul - ujrzał dwa placki.

Autor projektu : majtek dystych - 2007-05-30

Pewna syrena we wsi Zagaty
wręcz uwielbiała robić szpagaty.
Niestety, w zeszłym roku
podobno pękła w kroku
i teraz tylko chrupie nugaty.

Autor projektu : majtek jota - 2006-05-22

Starszy oficer z osiedla Klewki
chodził latami do pewnej dziewki.
Jeszcze teraz chodzi nocą,
ale nie pamięta po co…
Kłopot z pamięcią, to nie przelewki.

Autor projektu : majtek efjotka- 2006-05-07




13:41, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 czerwca 2009

W butelce wyłowionej przez czujnego bosmana były dwa rysunki, a pod każdym - mały limeryk. Pierwszy rozbawił Panią Kapitan, odczytała więc bosmanowi, który aż pokraśniał:

Pewien wielki, brodaty bosman w ekstatycznym stanie

Postanowił, że całą ośmiornicę wrąbie na śniadanie

   Pani kapitan w zielonej spódnicy

   Spożyła na śniadanie stek z tej ośmiornicy

Poczęstowana przysmakiem tym podanym w śmietanie

sea monster

                                                                      (rycina pochodzi stąd)

Następna ilustracja, zwinięta w rulonik podpisana była innym limerykiem, który już nie został przez Panią Kapitan odczytany na głos. Nad treścią jednak Pani Kapitan współczująco zamyśliła się, a limeryk brzmiał następująco:

Pewna obrażona na algebrę dyskalkulica

Zerknąwszy w lustro stwierdziła: parszywe mam lica

   Oczka za duże

   Nawet, gdy je mrużę

Możem dlatego jest jeszcze dziewica

wyspa-oko

                                                              (ilustracja pochodzi stąd)

23:31, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 czerwca 2009

W wyniku niewielkiej kolizji na morzu z całkiem niewielką górą lodową okazało się, że fregata musi zostać poddana szzcegółowemu przeglądowi w porcie. I to porcie dysponującym odpowiednim wyposażeniem - mianowicie dokiem. Najbliższy port - okazało się, jest przeładowany innymi jednostkami, które miały jeszcze mniej szczęścia i uległy znacznie poważniejszym uszkodzeniom. Tłum okrętów stał więc w długiej kolejce i nie zapowiadało się, by przed długim weekendem była szansa na dokonanie przeglądu.

                         

                                                                       (zdjęcie pożyczono stąd)

Ujrzawszy portowy ścisk, Pani Kapitan stwierdziła, że przegląd okresowy  załoga wykona sama - w tym regulacja rozrządu żagli i usunięcie niepokojących stuków dobiegających z komory kotwicznej. Zadziwiająco zachowywał się główny mechanik na pokładzie, ten bowiem biegał, warczał na wszystkich i uznał, że niepostawienie fregaty do przeglądu jest dla niego ujmą, a może nawet obelgą. Pani Kapitan, na którą ów mechanik burknął nieuprzejmie, nieco się zirytowała: takie zachowanie nie przystoi, szczególnie oficerowi. Zanim zwróciła mu jednak uwagę, bosman, któremu zachowanie głównego mechanika nie podobało się już od pewnego czasu ryknął wreszcie:

- Panie główny - ryczał bosman wkurzony zauważalnie - jeśli się pan nie uspokoisz, i fumy na pokładzie wyczyniać dalej będziesz, a także naszej Kapitan przykrość czynić, jakem bosman, przekonasz się pan, że pańskie świńskie tajemnice rozpowiem i spokoju pan miał tu nie będziesz. Więc jak .... ?? - zakończył bosman zaczepnie.

Główny mechanik w okamgnieniu spokorniał. Skurczył się. Zszarzał i zmalał. Fregata płynęła dalej w spokoju. Wieczorem bosman został poproszony do kapitańskiej kajuty na chwilkę.

- Jakąż owóż niecną tajemnicę chcieliście ujawnić, bosmanie? Pragnę wiedzieć, czy aby główny mechanik człowiekiem jest godnym rejsu na naszej fregacie.

Bosman obrazowo opowiedział to, co można zobaczyć na poniższych ilustracjach. Pani Kapitan uznała, że owe tajemnice, choć dziwne, nie dyskwalifikują jednak mechanika i może płynąć dalej na pokładzie. Szczególnie, że mają miejsce tylko i wyłącznie w zaciszu prywatnej kajuty. Na zewnątrz bowiem, mechanik nosił się godnie i męsko.

A oto ilustracje, które Bosman pokazał Pani Kapitan, a które ukazują słabości mechanika na przestrzeni lat:

                                    Tu, młody jeszcze mechanik przygotowuje się do snu:

                              

                                                        Botero, Man in a Dress (obraz pożyczono stąd)

                                    Tu zaś, starszy już o lat kilkanaście, odkurza kajutę:

                                 

                                                                           (zdjęcie pożyczono stąd)

16:19, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 czerwca 2009

Fregata majestatycznie unosiła się na lekko spienionych szmaragdowych falach. Niebo na zachodzie różowiło się, miejscami przechodząc w fiołkowe folety, a nad samym morzem jaśniejąc rozmytą, lekko zamgloną żółcią. Znikające za horyzontem promienie słońca odbijały się w morskiej toni. Pani Kapitan stała na pokładzie głęboko oddychając świeżą morska bryzą i napawając się spokojem i ciszą.

                   

                                                (zdjęcie pochodzi stąd)

Cisza była pani Kapitan niezwykle potrzebna, albowiem od wielu godzin trapiła ją migrena. Przyczyny migren pani Kapitan bywały różne, a o jednej z nich już tu wspominano. Dzisiaj jednak ból głowy spowodowany był przedpołudniowymi wydarzeniami w portowym mieście, z którego fregata szczęśliwie właśnie odpływała. W mieście tym, pani Kapitan postanowiła uzupełnić swą załogę o nowego majtka, który zastąpić miał marynarza przebywającego czasowo na Wyspie Bałwanów. Pierwszy oficer został poproszony o wywieszenie w porcie stosownych ogłoszeń i tego dnia od samego rana kandydaci zaczęli gromadzić się pod oknami tawerny, w której pani Kapitan spędzała noc i w której miała prowadzić rozmowy kwalifikacyjne. Chętnych było sporo - wszak jedna jedyna była taka fregata i jedna jedyna była Kapitan Chanutti, a służbę pod jej rozkazami uważano za honor i wyróżnienie. Przybyli więc marynarze różnego sortu i autoramentu - stare wilki morskie i niedoświadczone młodziki. Pani Kapitan siedziała za biurkiem w towarzystwie pierwszego oficera i bosmana, a kandydaci wchodzili kolejno i przedstawiali swoje kwalifikacje i zasługi. Z każdym pani Kapitan gawędziła choć chwilę, żadnemu nie dając odczuć, że jest gorszy od innych. Po rozmowie zaś z panią Kapitan, każdy kolejny marynarz proszony był o przejście korytarzem do oddzielnego pokoju, gdzie drugi oficer dokonywał specjalnych pomiarów. Co mierzono i w jaki sposób niechaj pozostanie na razie tajemnicą, dość rzec, że dzięki tym pomiarom, pani Kapitan miała załogę doborową pod każdym względem.

Już same rozmowy spowodowały lekkie pulsowanie w skroniach pani Kapitan, jednak migrena rozszalała się dopiero, gdy jeden z kandydatów nalegać zaczął aby to pani Kapitan własnoręcznie dokonała stosownych pomiarów i w tym celu na jej oczach błyskawicznie i bez uprzedzenia pozbył sie marynarskiego przyodziewku. Pani Kapitan skrzywiła się tylko lekko, na co bosman jednym ruchem mocarnej łapy wystawił delikwenta na próg, skąd ten przebiec musiał do pokoju pomiarów, gdzie powitał go gromki wybuch śmiechu pozostałych, już zmierzonych, kandydatów.

     

                                                (klip pochodzi stąd)

Majtkiem zaś został oczywiście marynarz o najwyższym ilorazie inteligencji.

16:56, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 czerwca 2009

Na trawersie ukazały się Wyspy Pałeczne. Kapitan CHanutti poleciła położyć ster na 275 stopni i przyjąć odpowiedni kurs na wejście do portu. Port- to może za duże słowo, bardziej należałoby port określić mianem przystani. O tym, aby fregata weszła do owej przystani nie było co marzyć i - niestety - ładunek, jaki miał zostać odebrany należało przewozić frachtem pomocniczym - łódkami.

Po rzuceniu kotwicy Pani Kapitan zleciła odpowiednie czynności odpowiedzialnym oficerom, zaś bosman miał zająć się logistyką załadunku i pilnować należytego jego rozmieszczenia. Ładunek, jaki zlecony był do przewozu, składał się z korzeni i przypraw, w największej ilości - z cynamonu, kubeby, gałki muszkatołowej. Na liście dostawczej znajdowała się także nazwa "ostryż bułkowaty", o którym Pani Kapitan mgliste miała raczej pojęcie. W przechowywanym w kuferku zielarzu odnalazła ilustrację, całkiem na czasie i niedawno sporządzoną, którą prezentujemy poniżej. Okazało się, że roślina ta posiada niezwykłe dość zastosowania, ale o tym jakie dokładnie - miała się Pani Kapitan przekonać na własne oczy nieco później.

                                          zdjęciem smakowicie poczęstowano się stąd

Najbardziej poszukiwane były podziemne zgrubiałe, bułkowate (stąd nazwa rośliny), albo pałkowate (stąd nazwa wyspy) pędy. Okazało się, że roślina ta posiada niezwykłe dość zastosowania, ale o tym jakie dokładnie - miała się Pani Kapitan przekonać na własne oczy nieco później. Pani Kapitan osobiście postanowiła zlustrować na wyspie przygotowany ładunek i udała się na ląd. Tam, podjęta z należnymi honorami przez kapitana portu, zwiedziła magazyny oraz miejsca, z którego ładowane miały być przyprawy. Uwagę Pani Kapitan zwróciły suszące się na sznurze pałkowate fragmenty roślin. Okazało się, że to są właśnie interesujące Panią Kapitan ostryże.

- Zwane są różnie - opowiadał kapitan portu. - Pewne jest to, że działają zdrowotnie, bo z tego po zmieleniu ów proszek zwany jest kurkumą. A mieli się dlatego, że w stanie takim, jak pani widzi, dziwnie działa na ludzi... - to mówiąc kapitan uśmiechnął się tajemniczo i zmienił temat. 

                      suszone ...

                                                                          (zdjęcie pochodzi stąd)

Kapitan Chanutti nie dała po sobie poznać nienasyconej ciekawości, w jaki sposób takie otóż rośliny mogą niezwykle działać na ludzi. Postanowiła zwrócić się o informację do lokalnego medyka, którym był stary angielski dżentlemen - lekarz. Który naprawdę nie był ani Anglikiem, ani dżentelmenem, a już na pewno nie lekarzem, co okazało się w trakcie wizyty Pani Kapitan. Niemniej dowiedziała się, w jaki sposób owe rośliny działać mogą na ludzi, a już szczególnie na kobiety, w sytuacji, gdyby któraś nieopatrznie zjadła, a nawet dotknęła owych pałkowatych pędów. Najoględniej chodzi o to, że nawet najbardziej cnotliwa dama zatracała się na czas jakiś i chętnie demonstrowała swe umiejętności i wytrzymałość, najchętniej publicznie. Czego - jeśli Pani Kapitan ma ochotę - może być świadkiem, albowiem dziś właśnie wieczorem odbędą się tańce w rytualnych strojach. Występować będą dwie młode chętne dziewice, które przed zamążpójściem powinny zostać zachęcone do degustacji kobiecych specjalności. - W tym celu (szarlatan-medyk homeopatyczny kontynuował uśmiechając się tajemniczo) zgniecione rośliny nakłada się na specjalne miseczki, te zaś przykłada się do piersi. W ten sposób działają najszybciej, najdłużej i działanie jest najbardziej intensywne. Zawsze - kontynuował- gromadzi się tłum chętnych mężczyzn, a tako i kobiet. Mężczyźni zawsze korzystają przy takiej okazji, kobiety zaś podpatrują i przenoszą na własny domowy grunt podpatrzone doświadczenia. Ściemniało się. Kapitan CHanutti, choć nieustraszona, wolała jednak przezornie wrócić na fregatę i nie zbliżać się do owych tajemniczych i dziwnie działających roślin.

a dance in  Otaheite

                                                                     (rycina pochodzi stąd)

20:38, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »

Fregata Pani Kapitan przepływała opodal Wielkiej Rafy Koralowej, na terenie której mikrowyspy stanowiły interesującą odmianę od bezbrzeżnych przestrzeni oceanu. Pani Kapitan postanowiła obejrzeć archipelag Cocotree (kokosowy), złożony z kilkuset maleńkich wysp, na których rosły palmy zgodnie z zasadą - jedna wysepka - jedna palma. Tak malowniczy pejzaż zarezerwowany był wyłącznie dla tej części oceanu. Zamiar ten wynikał także z określonych potrzeb, mianowicie kuk od pewnego czasu prosił, aby móc zaopatrzyć się na lądzie w świeże kokosy, których zapas stopniał ostatnio po drace ze strącaniem lotokotów przez celnego, acz niedoświaczonego majtka.

Po zbliżeniu się do archipelagu okazało się, że na palmach kokosów nie ma, niestety. Kolejne dziesiątki wysepek potwierdziły złowrogie podejrzenie, że zostały zebrane i pożarte przez jakieś zwierzę lub inny żaglowiec skorzystał z darmowych orzechów.

- Pani kapitan - odezwał się I oficer - przez  lunetę dostrzegłem zapewne zwierzę, lub człowieka siedzącego na palmie. Może to jego sprawka...

Po niedługim czasie cała załoga podziwiała chowającego się za pniem łysawego mężczyznę, którego pani Kapitan Chanutti kazała sprowadzić na pokład.

desert island

(zdjęcie pochodzi stąd)

Po sprowadzeniu owego człowieka okazało się, że ów jest marynarzem, który zbiegł z pirackiego okrętu, na którym przetrzymywany był wbrew swej woli i okrutnym poddawany mękom. Na pytanie jakim mękom poddawali go owi rzezimieszkowie - milczał i mówić o tym nie chciał, wobec czego zaprzestano dalszej inwigilacji.

Kapitan CHanutti, o wyczulonym zmyśle węchu, zauważyła, iż marynarz wyróżniał się deilkatnie roztaczanym wokół siebie przyjemnym i powabnym aromatem orzechów kokosowych. Zapewne- sądziła Pani Kapitan - spowodowane to było wielotygodniową dietą złożoną wyłącznie z orzechów kokosowych.

Mijały tygodnie. Rozbitek okazał się być marynarzem ciekawym, o dużym zasobie marynarskiej wiedzy i bogatym doświadczeniu. Marynarze wprost przepadali za jego ciekawymi opowieściami o przeżytych i zasłyszanych przygodach. A jednak Pani Kapitan dostrzegała w przybyszu jakieś cechy nie do końca męskie; wyczuwała niteczkę nieco niewieścich cech, które to wrażenie może spowodowane było utrzymującym się dyskretnym zapachem kokosów... Podobne wrażenie miał także najwidoczniej bosman, który warczał na jego widok, a raz nawet w przytomności Pani Kapitan określił go mianem "pedalskiej cioty", co wywołało jedynie skromny uśmiech na ustach owego, słyszącego to kokosowego marynarza i szybkie groźne spojrzenie Pani Kapitan.

Pewnego dnia do fregaty Pani Kapitan podpłynął szkuner pocztowy, na pokładzie którego znajdował się straszliwy pirat Poncjusz Smith, znany jako Poncjusz Pirat.

Na maszcie szkunera powiewała niezwykła doś piracka flaga

piracka flaga dedykowana kropli (zapewne kokosowego mleka

Obrazek pożyczono stąd

Na uprzejme pytanie Pani Kapitan o cel jego wizyty, Poncjusz odpowiedział wzdychając z tęsknotą, że przybył wykupić marynarza z Wysp Kokosowych. Kapitan pirat Poncjusz zaoferował całkiem niezły okup za owego kokosowego marynarza, przy czym nieco lubieżny uśmieszek nie schodził z jego czcigodnego, pirackiego oblicza.

skarby

(Zdjęcie pochodzi stąd)

Pani Kapitan CHanutti poprosiła do swej kajuty pirata, aby dowiedzieć się prawdy. Ta bowiem wydawał się jej w jakiś sposób zagmatwana.

- Pławdą jest - rozpoczął Pirat (pewna wada wymowy powodowała, iż na oblicze Pani Kapitan CHanutti rozjaśniło się rozbawieniem) - że ten małynarz zwiał z naszego błygu. Pławdą jest, że błakuje go mi, oficełom i wszystkim piłatom na naszej łajbie. Udało się go odnaleźć i chcemy go odzyskać za każdą cenę - zakończył Kapitan Piłat.

Kapitan Chanutti z rezerwą podeszła do słów pirata. Jak wiadomo piratom nie do końca można wierzyć, tu jednak Kapitan Piłat mówił najszczerszą prawdę - tęsknota za kokosowym marynarzem musiała byc wielka, gdyż Pirat wzdychał i przewracał oczami, a nawet - bogowie, wybaczcie - nie zważając na obecność damy, lubieżnie podrapał się tam, gdzie w obecności damy drapać się nie należy. 

- Proszę jedynie wyjaśnić- zaczęła Pani Kapitan, nieco urażona bezzpretensjonalnym zachowaniem kapitana Pirata - jakimż to torturom poddawany był kokosowy marynarz, skoro zbiegł od was na bezludne wyspy. Zaiste, tortury musiały być straszliwe, skoro wybrał samotną banicję nad pobyt wśród piratów, ale - bądź co bądź, ludzi. Jeżli bowiem okaże się,  że poddawany był lub będzie torturom, kokosowy zostanie pod moją opieką. Skoro zaś okaże się, że zmyśla - zostanie wam oddany.

Kapitan Pirat spoważniał i odrzekł:

- Ów kokosowy małynarz odznacza się niezwykłą cechą. Z przyczyn nieznanych żywi się wyłącznie kokosami, złesztą doskonale chodząc po palmach zbieła je szybko i spławnie: potłafi fułę kokosów zrzucić w kilknanaście  minut. Jego ciało przesiąknięte jest zapachem kokosów i pławda jest taka, że piłaci uwielbiają jego towarzystwo i ... - kapitan zawiesił głos - nie tylko towarzystwo (zarechotał lubieżnie, zaczerwienił się, chrząknął i kontynuował). - Ponieważ od 3 miesięcy nie przybijaliśmy do lądu, zajmując się na morzu naszym piłackim rzemiosłem, kokosowemu zabłakło kokosów, wyskoczył za bułtę w pobliżu ałchipelagu kokosowego i skłył się. Załoga zaś - pozbawiona kokosowego zaczęła domagać się tego, czego piłaci w łejsie domagają się zawsze. Zapewniam jednak szanowną Panią, że jedyną tołtułą był błak kokosów, nie zaś to, co załoga czyniła z nim,  ku obopólnemu złesztą zadowoleniu.

zdjęciem poczęstowano się smakowicie stąd

Załoga fregaty żegnała kokosowego marynarza. Od każdego dostał upominek - kokosa. Jedynie bosman, nie wiedzieć czemu, wręczył mu tajemnicze pudełeczko i z kpiącym nieco uśmiechem grzmotnął go poufale w plecy. Szkuner pocztowy odpłynął. Kapitan Piłat grzmiał: ŻEGNAJCIE MAŁYNARZE !!!! Ściemniało się. Kuk był wściekły - na fregacie kokosów nie było wcale, jedynie ich delikatny aromat unosił się po pokładem.

Po kilku dniach Kapitan CHanutti zapytała bosmana, co było w pudełku ofiarowanym kokosowemu. Bosman odrzekł z wielkim zadowoleniem, iż w pudełku był specjalny specyfik o silnym zapachu kokosów. O konsystencji żelu.

10:06, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2009

Doprawdy, niewiele było rzeczy tak irytujących panią Kapitan, jak lotokoty. Stworzenia te rozmnożyły i rozzuchwaliły się w ostatnich czasach tak bardzo, że napotykano je nie tylko - jak dawniej - blisko lądu, ale i na pełnym morzu. Przyczyną tego było nagłe wzbogacenie się lotokotów dzięki ciemnym interesom prowadzonym na Kajmanach, a co za tym idzie udoskonaleniem posiadanych środków lokomocji. Teraz lotokoty przemieszczały się na sprawnych i szybkich latających dywanikach i docierały na nich tam, gdzie chciały, nierzadko napadając na fregaty, a przynajmniej utrudniając życie strudzonym marynarzom.   

                           

Lotokoty były bestiami złośliwymi bezmyślną złośliwością mafijnych gangsterów - leniwymi, gnuśnymi, a zuchwałymi kreaturami, które potrafiły przypuścić zmasowany atak na fregatę, kradnąc wszystko, co znalazło się w zasięgu ich łap. Jeśli nie było co ukraść, latały nad pokładem uprzykrzając życie marynarzom dzikim miauczeniem i kocią muzyką.

Marynarze walczyli z lotokotami na wszelkie możliwe sposoby - obrzucając je zgniłymi śledziami, strzelając do nich z harpunów, a także łowiąc je w przemyślnie założone na żagle sieci. Każdy rodzaj walki był jednak skazany na niepowodzenie - lotokoty łapały w locie śmierdzące śledzie i celnie odrzucały je w kierunku marynarzy, przed ugodzeniem harpunem chroniła je gruba sierść, a złowione w sieci - rozrywały je na strzępy ostrymi pazurami. Dlatego pani Kapitan wydała absolutny zakaz drażnienia lotokotów, a do walki z nimi stawała ona sama i ona jedna. A oto co robiła: wśród nadlatujących lotokotów  wyszukiwała przywódcę gangu - najbardziej spasionego i obmierzłego kocura, a następnie spokojnym jasnym wzrokiem wpatrywała się prosto w jego podstępne kaprawe oczka. Kocur nie wytrzymywał tego długo - zaczynał drżeć, kulić się, miauczeć rozdzierająco, by za chwilę wycofać się wraz z resztą bandy. Raz w taki sposób zwyciężone lotokoty nie stanowiły już potem zagrożenia i - byle tylko ich nie zaczepiać - co najwyżej latały nad fregatą, pilnując, aby zejść z linii wzroku pani Kapitan. I choć marynarzy kusiło czasem, żeby odegrać się na pokonanych lotokotach - wszyscy szanowali rozkazy pani Kapitan i co najwyżej mruczeli pod nosem kwieciste obelgi.

Znalazł się jednak pewien młody i niedoświadczony majtek, który postanowił się z lotokotami podrażnić, rzucając w nie orzechami kokosowymi. Rzucał dość celnie niestety i jednym z orzechów strącił z latającego dywanika najohydniejszego kocura - paskudnego, śmierdzącego rybim tłuszczem zabijakę. Pech chciał, że akurat pani Kapitan zażywała na pokładzie  słonecznej kąpieli, chcąc opalić wiosennym słońcem pęciny między kapitańskim bucikiem a rąbkiem sukni. Tak więc strącony z dywanika kocur z dzikim wrzaskiem wylądował wprost na podołku pani Kapitan i pazurami wczepił się w jej suknię.

- Co za bałwan drażni lotokoty?! - krzyknęła zirytowana do granic pani Kapitan i uniosła się z leżaka. Winowajca majtek na te słowa jakby rozpłynął się w powietrzu. Po prostu znikł, co wywołało zdziwienie wśród obserwującej całą scenę załogi. Pani Kapitan jednak westchnęła tylko z pewną rezygnacją, bowiem przypomniała sobie, że fregata  znajduje się właśnie u brzegów pewnej niezwykłej wyspy. Wyspy Bałwanów. Była to wyspa, na której czasowo przebywali wszyscy marynarze, którzy nieopatrznie popełnili czyn głupi, bądź niegodny marynarskiego honoru. Wszystkie marynarskie głupki, idioci, kretyni, marynarskie palanty, dupki i smętne (z przeproszeniem) fiuty. Słowem - bałwany. Na wyspie spędzali oni rok - co do dnia, po czym wracali odmienieni - mądrzejsi, spokojniejsi i gotowi do dalszej marynarskiej służby.

                                     

- Bosmanie, zapamietajcie no, żebyśmy wrócili tu za równy rok od daty dzisiejszej - wydała rozkaz pani Kapitan i strzepnęła z siebie ścierwo kocura, który zszedł był na zawał serca od samego zetknięcia z jej majestatem. 

11:02, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 maja 2009

- Jeżeli ktoś śmie zarzucić mi kłamstwo - ryczał półtrzeźwy, czerwonosinolicy wielki I oficer w portowej tawernie rozchlapując rum z wielkiej szklanicy - to - do stu beczek zgniłych śledzi - gotów jestem rozerwać takiego łotra na strzępy. Pod kilem przeciągnąć, i wychłostać, do armaty przywiązać - darł się basem na całą tawernę, a głos niósł na uliczkę i unosił się nad portem.

I oficer fregaty "A big little witch" wielce był poruszony rozmową, do której przyłączył się samowolnie. Rozmowa prowadzona była w gronie naszej znajomej załogi i dotyczyła syren. Jedni więc opisywali grację syren, inni - ich ponętne głosy, inni - śpiewy, jeszcze inni zaś - fantazjowali, jak otóż postrzegaliby syreny jako towarzyszki ich doli i niedoli, co - jak można się domyślać - otworzyło szerokie wrota spekulacji o dużej dozie fantazji.

Kiedy z ust owego I oficera rozległy się słowa powątpiewania, czy w ogóle syreny istnieją, początkowo zignorowano jego obecność i bełkotliwo-skrzeczącą mowę. Ów oficer coraz głośniej jednak zadawał kłam istnieniu syren, co - rzecz jasna - spotkało się z rozbawieniem załogi, która - jak wiadomo - widziała nie takie rzeczy i z syrenami miała do czynienia niejednokrotnie. Szczególnie dotknięty poczuł się bosman, który - jak plotka głosiła - był szczęśliwym ojcem kilku syreniątek, i który po prostu nie mógł w spokoju słuchać dowodów marynarskiej ignorancji.

Zerwawszy się więc stanął w swej pełnej, wielkiej postawie i owemu oficerowi w twarz rzucił prychając pogardliwie, iż jest nędznym kłamcą i lądowym, cholernym i szmatławym szczurem, skoro nie widział syreny. To właśnie rozjuszyło I oficera i sytuacja zaczęła być niebezpieczna: bosman miał zamiar wyrwać oficerską głowę z przyległościami. Szczęśliwie Kapitan CHanutti postanowiła złagodzić sytuację i wyłączyć przy okazji ową fregatę ze służby morskiej na kilka długich miesięcy.

- Szanowny mości Oficerze - zaczęła Kapitan CHanutti. - Otóż proponuję następujący zakład: my twierdzimy, że syreny istnieją. Ty twierdzisz, że nie. Skoro więc my udowodnimy, że istnieją, a - co więcej - mieszkają w wodnym zamku unoszącym się na falach, Ty spełnisz nasze żądanie. Żądanie takie jest mianowicie: załadujesz na pokład swej fregatay 100 beczek zgniłych śledzi i popłyniesz z nimi w pełnomorski rejs 1500 mil w jedną stronę, do portu Guantajamo na Kubie, i wrócisz z tymi beczkami. Beczki będą otwarte. Zawartość nie może zostać wyrzucona. - To jak, szanowny oficerze? - zatrzepotała chłodno pani Kapitan, a dla znających panią Kapitan wiadome się stało, co nastąpi za niedługi czas.

- Ach, wy kłamliwe gnidy - ryczał pijany w sztok oficer - syren nie ma i nie było i nie będzie. Nikt ich nie widział i przyjmuję warunki zakładu, biorę wszystkich na świadków - rozejrzał się po tawernie. Przeciąć !!!!- ryknął głośno. Zakład został zawarty.

Nazajutrz fregatą Kapitan Chanutti został zabrany na nieodległą przejażdżkę ów I oficer. Nie później, niż po 3 godzinach rejsu oczom załogi i niedowierzającego I oficera taki okazał się widok:

 

                                             

                                         (They Swam Before the Ships and Sang Lovely Songs by L ouis John Rhead stąd)

I oficer zaniemówił, gdyż nigdy nie widział syren. Jako i nie wierzył w ich istnienie. Nie wierzył tak bardzo, jak bardzo bosman wiedział, że istnieją. Bosman zresztą bez pozwolenia pani Kapitan ciskał w wodę zabawki dla dzieci -  a to gumowe kaczuszki, a to małe stateczki, a to kawałki gąbki, koraliki i inne ciekawe, nietypowe dla bosmana rzeczy. Na pytający wzrok pani Kapitan, bosman zaczął się jąkać niewyraźnie, spłonił i orzekł, że lubi widok małych syreniątek bawiących się kaczuszkami, szczególnie - gumowymi.

- Otóż, Panie Oficerze - zaczęła pani Kapitan łagodnie, najłagodniej, jak mogła - czas na dopełnienie warunków naszego zakładu. Wracajmy do portu, beczki czekają. Szczęśliwie bowiem pewien zaprzyjaźniony kapitan holenderskiej galery miał problem z pewną ilością beczek nieświeżych. Załadunek przebiegł sprawnie. Wyjątkowo na nabrzeżu nie było gapiów wypłoszonych niesamowitym smrodem 100 beczek gnijących śledzi.

                                             

                         (Color Print of Wharf Workers Measuring Whale Oil Content in Barrels stąd) 

17:17, pataszoniasty
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5